Szalony
dziesiąty bohater kontra PG-13, poprawność polityczna i western psychologiczny
czyli
o filmach postapokaliptycznych
(część druga)
AUTORZY: eden & Heimao
A Boy and His Dog / A Psycho Boy and
His Killer Dog / Chłopiec i jego pies
1975, USA, reż. L.Q. Jones,
scenariusz Harlan Ellison
(na podstawie jego własnej noweli) i L.Q. Jones
Warto zacząć od tego filmu, o którym, jak przypuszczam,
niewielu w Polsce słyszało. W Stanach zarówno nowela, na podstawie której
powstał, jak i sam film, pozostaje kultowy dla wielu najwierniejszych fanów
post-apokaliptyczno-nuklearnej science-fiction. W tym artykule Eden pisze:
gdyby nie Mad Max, nie mielibyśmy dzisiaj, fani Fallouta, w co
grać. A tak naprawdę to A Boy and His Dog jest filmem, od którego się
wszystko zaczęło*. Gdyby go nie było, może nie byłoby Mad Maxa a wtedy
to już naprawdę nie mielibyśmy w co grać. A Boy and His Dog,
niskobudżetowy i słabo rozreklamowany film, przetarł ścieżki i poprowadził nowe
drogi dla wszystkich późniejszych filmów tego gatunku, od Mad Maxa do Postmana
Kevina Costnera. Pierwszy raz bowiem post-nuklearną apokalipsę połączono z
czarnym, czasami wręcz szokującym sadystycznym humorem. Po raz pierwszy pojawia
się tam parodia i sarkazm jako sposób opisania jakże nam drogiego;) umarłego
już świata zniszczonej cywilizacji. Przedtem ten temat poruszany był z
odpowiednią dozą łzawego zadęcia i omaszczony trudnym do przełknięcia opasłym
morałem i uszlachetniającym przesłaniem. Na odmianę bohaterowie A Boy and
His Dog puszczają do widza oko. Film nie traci nic ze swojego
wstrząsającego charakteru a jednak nawet najbardziej makabrycznym wybrykom
bohaterów towarzyszy tu zawsze ironiczny, pół-szalony uśmieszek.
Zacznijmy od początku. A Boy and His Dog był,
można to tak ująć partyzantką kilku weteranów Miasta Aniołów, którzy marzyli
o stworzeniu czegoś niezależnego, czegoś poza systemem wielkich korporacji i
wysokobudżetowych produkcji. Ellison, który nie cierpi etykietki pisarza
science-fiction (aczkolwiek napisał ponad dziewięćset opowiadań, w których aż
roi się od wojen światowych, mutantów i robotów-zabójców), odrzucił kilka
propozycji ekranizacji wystosowanych przez wielkie firmy producenckie, takie
jak Warner czy Universal i oddał sprawę w ręce L.Q. Jonesa**, znanego wtedy
głównie z popisów kaskaderskich w filmach klasy B i C (ciągle możemy go czasem
podziwiać jako kaskadera w takich majstersztykach jak serial Texas
Ranger czy Renegade). Była
więc to ze strony Ellisona decyzja odważna, zwłaszcza, że powierzył Jonesowi i
reżyserię i sam scenariusz. Co do tego, jak obydwaj panowie zgadzali się ze
sobą na planie i jak podobał się Ellisonowi gotowy film, jest wiele opowieści,
częściowo ze sobą sprzecznych. Według jednej z nich Ellisonowi nie podobały się
sceny ukazujące Topekę (co to takiego o tym później) oraz końcowy chorobliwy
kalambur, dodany przez Jonesa. Ellison zaoferował dokręcenie nowych scen za
własne pieniądze, ale pierwotny ich kształt tak odpowiadał widzom, że nie
skorzystano z jego propozycji. Według innej, Ellison podczas pisania scenariusza
zaczął cierpieć na niemoc twórczą i Jones przejął dalsze prace nad skryptem.
Ellison najpierw zaakceptował wersję Jonesa (którą zobaczył dopiero podczas
premiery filmu w kinie), ale potem zaczął ostro ją krytykować. Te niejasne
spory powodują, że sami fani często nie mogą się ze sobą zgodzić, czy film
dobrze oddaje kultową nowelę, czy też jest jej bladą, marną kopią. Muzykę, co
do której raczej nie ma się zastrzeżeń, skomponował Tim McIntyre.
Niemiłą niespodzianką dla wielu fanów post-apokaliptycznej
aury może być aktor, występujący w głównej roli. Nie sądzę, by wśród fanów Fallouta
znalazło się wielu miłośników Miami Vice czy Nasha Bridgesa. Tak,
tak, rola Vica, bohatera filmu przypadła młodemu Donowi Johnsonowi. Nie był on
wtedy jeszcze znany i ten fakt bez wątpienia pozytywnie wpływa na jego grę
aktorską. Jest to moim zdaniem jego najlepsza kreacja. Jego późniejsze
gwiazdorskie nawyki i manieryzmy jeszcze wtedy nie istniały, a jego regularna,
nieświadcząca o inteligencji twarz świetnie pasuje do roli.
Najważniejszy jednak w tym filmie jest pies, a raczej
jego relacja z tym niezbyt rozgarniętym, przystojnym właścicielem. Vic jest
młodym, napalonym samotnikiem, żyjącym w świecie zniszczonym Trzecią a może już
i Czwartą Wojną Światową. Nuklearny holokaust pochłonął dawny, uporządkowany
świat, a Phoenix w Arizonie, gdzie toczy się akcja filmu, podobnie jak cała
Ameryka, to już tylko radioaktywna pustynia pokryta błotem, po której włóczą
się brutalni nomadzi i łowcy, nieoszczędzający nikogo, poza tymi, co zmuszani
są do wstąpienia w ich szeregi. Miasta leżą w gruzach lub pogrzebane są głęboko
pod radioaktywną ziemią, podobnie jak większość najbardziej obecnie
poszukiwanych przedmiotów: puszkowanych brzoskwiń, broni i amunicji oraz
filmów
porno. Vic zdołał przetrwać osiemnaście lat swego życia solo, głównie dzięki
pomocy swego jedynego towarzysza psa o imieniu Blood. Pies, jak się okazuje,
jest jedną z technologicznych innowacji wojennych inteligentnym i zabójczym
zwierzęciem, związanym telepatycznie z człowiekiem, tak, aby wspólnie tworzyli
parę myśliwych-zabójców. Wojna się już skończyła, ale pustkowia pełne są nadal
takich duetów jak Vic i Blood zadaniem psów jest wywąchiwanie łupów,
zapasów oraz, przede wszystkim, kobiet, bowiem seks jest w tym świecie są
źródłem jedynie przelotnej, jednorazowej, choć jakże poszukiwanej przyjemności
(należy dodać, że przyjemność jest cała po stronie Vica raczej nie marnuje on
czasu pytając swoje wybranki o zgodę). Blood, który wydaje mi się pierwszym, oryginalnym
pierwowzorem i psa Maxa, i przede wszystkim Dogmeata, dysponuje zdecydowanie
inteligentniejszym i lotniejszym umysłem niż swój pan. Dzięki owej niemal
symbiotycznej, telepatycznej więzi, łączącej zwierzę z człowiekiem, widz może
usłyszeć sarkastyczne, mroczne komentarze Blooda o otaczającej ich
rzeczywistości. Głos Blooda, dany mu przez Tima McIntyre, twórcę muzyki, jest
jednym z cudów tego filmu. Jego teksty przeszły do klasyki post-apokaliptycznej
science-fiction (A cautious young fellow named Lodge / Had seatbelts installed
in his Dodge. / When his date was strapped in / He committed a sin / Without
even leaving the garage. That's clever, isn't it?). Wzajemna relacja Vica i Blooda jest zdecydowanie
najciekawszym i najbardziej zakręconym wątkiem romansowym, jaki udało mi się
do tej pory zobaczyć w jakimkolwiek filmie.
Akcja zagęszcza się, gdy Blood wyczuwa obecność kobiety,
niejakiej Quilli June (Suzanne Benton), pozornie niewinnej i niemalże
dziewiczej. Dla Vica i Quilli zdaje się kroić związek dłuższy niż jedna noc,
ale chłopak nie podejrzewa, że dwulicowa panienka ma co do niego swoje własne
plany i nie ma w nich miejsca dla Blooda. Quilla okazuje się być córką jednego
z przywódców podziemnej enklawy, zwanej Topeka. Dziewczyna zwabia tam Vica.
Topeką rządzi Lou Craddock (Jason Robards). Osada zdaje się początkowo być
ostatnią ostoją dawnych wartości. Podczas gdy powierzchnia zryta kraterami
nuklearnych pocisków, przypomina raczej zjadliwy koszmar, mieszkańcy Topeki
oddają się skrajnemu konformizmowi: nieszczere, przeklejone do twarzy uśmiechy,
kraciaste koszule, wartości rodzinne i ogólna hipokryzja pochłania ich
całkowicie. Jak wyznawcy fanatycznego kultu tworzą dziwaczne reguły nowego
życia : koszmarna podziemna biała klasa średnia, która własnych mieszkańców
posyła na śmierć dekretem wydawanym przez Radę Starszych (temu
atak
serca
tej
wypadek przy pracy). Vic jednak pośród nich czuje się na początku
szczęśliwym wybrańcem losu mieszkańcy Topeki powierzają mu bowiem osobliwą
misję do spełnienia Vic musi zapłodnić ich kobiety, jakoże wszyscy mężczyźni
w Topece są bezpłodni. Dla Vica ważne są jedynie seks i jedzenie, nic dziwnego
więc, że na początku czuje się jak w raju. Poza tym mieszkańcy, chociaż tacy
dziwaczni, tworzą jednak pewną społeczność, a Vic od zawsze jest wyrzutkiem i
budzi się w nim tęsknota za przynależnością do ludzkiej wspólnoty,
jakiejkolwiek bądź. Jedyny warunek, to ten, że Vic musi rozstać się ze swym
psem. Niewiele jest takich scen filmowych, które oglądam prawie płacząc
moment rozstania Vica z Bloodem przed bramami Topeki jest jednym z nich.
Vic w końcu zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę jest
tylko wykorzystywanym bezdusznie niewolnikiem i postanawia odejść. Nie jest to
jednak takie proste, na horyzoncie pojawia się znowu Quilla June. Vic znowu
musi dokonać wyboru. Ale czy mądre przysłowie nie mówi: jeśli marzysz o
seksie, idź do baru, ale jeśli szukasz miłości, weź sobie psa? Quilla mówi do
Vica: Nie wiesz, czym jest prawdziwa miłość, ale biedaczka przekonuje się
szybko, jak bardzo się pomyliła. Zastanawiałam się, czy zaserwować wam
mega-spoiler i zdradzić wam zakończenie,
ale nie mogę się powstrzymać. Biedna
Quilla literalnie na własnej skórze przekonuje się, czym może być prawdziwe
uczucie. Vic, aby udowodnić swoją miłość dla Blooda, przygotowuje im z niej
smaczny posiłek. Chłopcy są jednak trochę niezadowoleni z własnego pośpiechu
(Quilla, jak się okazuje, była naprawdę apetyczna):
Vic: We coulda used her three
more times!
Blood: Ah, war is hell.
Film jest doprawdy wysoko-niskobudżetowy, więc nie można
się wiele spodziewać po scenografii i zdjęciach. Lokacje i rekwizyty są w
oczywisty sposób tanie, ale wiarygodne. Jones jako reżyser posiada tak dobre
oko do szerokoekranowych kompozycji i wykorzystania do ostatka wszelkich,
ograniczonych nakładów, popycha akcję niezwykle wartko z pomocą zabawnych i
inteligentnych tekstów i akustycznej, skocznej ścieżki dźwiękowej, że aż dziw,
że nigdy potem nie wyreżyserował już żadnego filmu. Postać Blooda to prawdziwa
rewelacja, zarówno pod względem poprowadzenia samego psa (podobno podczas sesji
z trenerem zawsze obecny był Don Johnson, tak, aby pies zwracał się potem do
niego jak do swojego pana), jak i danego mu głosu przez McIntyrea. To
prawdziwy, wielowymiarowy bohater, wart Oscara i podobno prawie otrzymał
nominację, ale czy ktoś kiedyś słyszał o Best Supporting Dog?
A Boy and His Dog
to doprawdy, mimo technicznych niedociągnięć, szczera próba zrobienia czegoś
innego, prowokującego i chwytającego za serce a jednocześnie brutalnego i
obrazoburczego. Pomysłowość niektórych rozwiązań jest do dzisiaj mistrzowska,
tak, że czasami zapomina się o ograniczonym budżecie filmu. Prawdziwie unikalna
atmosfera koszmaru pomieszanego z absurdem i parodią jakże dobrze nam
znanego z Fallouta, ma w sobie coś z Mechanicznej Pomarańczy i Rzeźni
nr 5. A jednocześnie
przyjaźń pomiędzy człowiekiem a psem zdaje się ocalać
pojęcie braterstwa, więzi, czułości i ostatecznie nadziei, nawet w tak
zniszczonym i wypaczonym świecie. Cóż, zgodnie z sentencją reklamową filmu:
rok 2024
przyszłość, którą zapewnie sami ujrzycie. Przekonamy się.
Patent:
Oczywiście pies. Na zawsze wierny, inteligentny i silny przyjaciel, lepszy niż
żona czy kochanka. Niezastąpiony na radioaktywnych pustkowiach. Posiadający
wiele nieoczekiwanych talentów. BTW, a zapytaliście kiedyś Dogmeata, czy w
okolicy nie ma jakichś fajnych babek? Duuuży błąd;). Jedna uwaga: nie
oglądajcie tego filmu z waszymi dziewczynami. Poobrażają się jak nic, a wy nie
będziecie mogli powstrzymać wypływającego wam na usta złowieszczego
uśmieszku
choć oczywiście mogą zdarzyć się i tacy ciemiężeni przez feministki
nieszczęśnicy, którzy obserwując koniec pięknej Quilli nie będą mogli
powstrzymać się od zwycięskiego rechotu i głośnego: Hurra! Pamiętajcie: to
film wart polecenia, ale zdecydowanie NIEpoprawny politycznie.
Motto:
ostatnie słowa należą do Blooda:
Once more into the
breach, my friends.
Nic dodać, nic ująć.
A
Town Has Turn To Dust / Pozostanie Tylko Pył
1998,
scen. Rod Serling, reż. Rob
Nilsson.
Serling,
scenarzysta, to twórca bardzo popularnego w latach 60-tych w USA serialu sf
Strefa Mroku. Nie ma ten serial wiele wspólnego z nurtem postapokaliptycznym,
jednak poszczególne jego odcinki potrafiły zapaść w pamięć odbiorców. Ich
scenariusze cechowała dbałość o
psychologię bohaterów, i cechę tą Serling przeniósł również do skryptu Pozostanie
Tylko Pył (nazwijmy go PTP), który od innych produkcji
postapokaliptycznych różni się tym, że można go nazwać studium psychologicznym.
Jednocześnie jest to studium raczej w starym, amerykańskim, westernowym stylu
gdyby bowiem w filmie, zamiast scenografii i kostiumów typowo postnuklearnych
wprowadzić scenerię i stroje z Dzikiego Zachodu, to film by na dobrą sprawę nic
nie stracił. Serling napisał scenariusz przed 1975 (kiedy to zmarł), a film
został zrealizowany niemal ćwierć wieku później. Mogę tylko snuć domysły, że
pierwotnie film miał być dramatem westernowym, a ponieważ western po roku 1980
stał się niepopularny, telewizyjni spece przerobili go na postnuklearne sf. Ale
tym lepiej dla nas.
Z offowego
prologu dowiadujemy się, że główny bohater, Hannify, w 2215 roku opuścił
asteroidę New Angeles i jako reporter, jeden z nielicznych, którym to
umożliwiono, wrócił na Ziemię. Minęło już 100 lat, od kiedy ta umierająca
planeta została opuszczona. Tylko złom ma tam jeszcze jakąkolwiek wartość.
Spekulanci (zwani przez siebie Dwellersami) wrócili na Ziemię i zmusili jej
rodowitych mieszkańców, Driversów, do wygrzebywania złomu z ruin zniszczonych
miast. Ten złom musieli przetapiać na użytek mieszkańców asteroidy New Angeles,
na której brakowało metalu. Bohater podróżuje więc razem ze zbieraczami złomu
po skażonych ruinach Los Angeles, aby zrobić reportaż. W drodze do Carbour,
miasteczka będącego największym magazynem hut złomu na zachodnim wybrzeżu
dostrzega tajemnicze ruiny indiańskiej osady, Yersuatcho.
W Carbour
okazuje się, że osada wcale nie jest spokojnym, robotniczym zadupiem, jak
należało się spodziewać. Chłopak z dzielnicy Driversów (którzy są po prostu
zwykłymi, wytatuowanymi na twarzach indianami) oskarżony zostaje o zgwałcenie
żony przywódcy Dwellersów, Jerryego Paula. Tłum chce zlinczować
czerwonoskórego, po jego stronie staje tylko szeryf. Hannify, wietrząc
sensacyjny materiał, nagrywa wszystkie wydarzenia kamerą cyfrową (bajer, z
dwoma silnikami i ekranami).
Dramaturgia
filmu trochę kuleje, jak postrzelony w nogę Raiders (czy też Drivers). Główny
wątek ma wymiar bardziej psychologiczny, niż sf, ale nie jest to psychologia na
tyle głęboka, żeby nazwać film dziełem ambitnym. PTP zaczyna być dobry
dopiero po pierwszych 20 minutach, po dokonanym linczu - ale warto czekać. W
miarę jak reporter odkrywa tajemnicę Yersuatcho, w miarę jak poznaje lepiej
mieszkańców Carbour, widz zostaje wciągnięty w historię odwiecznej nienawiści
pomiędzy tymi, którzy przyszli, by narzucić swoją wolę, a tymi, którzy musieli
się ugiąć. Brak wody (deszcz nie spadł od ponad 200 dni) i ciężka praca
powodują niepokój, wyzwalają agresję. Co ciekawe, główni bohaterowie konfliktu
szeryf i Jerry Paul, nie są ani jednoznacznie dobrymi (szeryf), ani złymi
(Jerry Paul) postaciami. I mimo, że aranżacja poszczególnych scen jest nieco
schematyczna, to pierwszą siłą filmu jest właśnie scenariusz, wymuszający psychologiczne
podejście do tematu.
Druga siłą są
aktorzy, spośród których wybija się Ron Perlman grający Jerryego Paula.
Perlmana znacie doskonale. Przypomnę:
War... War
never changes...
Oto nasz
ulubiony narrator (podłożył głos też pod jedną z gadających głów w F1,
obok Richarda Deana Andersona, czyli serialowego McGyvera;))), który, jak się
okazuje, jest naprawdę dobrym aktorem. Rzadko któremu odtwórcy roli czarnego
charakteru udaje się wywołać u widza zrozumienie dla swoich racji. Perlman tej
sztuki dokonał. Reszta aktorów różnie. Np. reporter jest raczej nijaki, ale
szeryf, choć schematyczny (zapijaczony i zmęczony życiem, jak w westernie)
zapada w pamięć, ciekawi są też niektórzy bohaterowie dalszego planu, z
Driversami-indianami na czele.
Ścieżka
dźwiękowa jest bardzo indiańska. Nie wiem, czy twórcy F2 wzorowali się
na filmie, czy odwrotnie, faktem jest, że brzmi baaardzo znajomo.
Charakterystyczne indiańskie zaśpiewy i bębny potęgują klimat miejsc dawno
opuszczonych przez ludzi. To, co nie udało się kompozytorom w Mad Maxach,
jest ozdobą PTP.
Warto
obejrzeć. Warto czekać na końcówkę, która przynoś coś w rodzaju oczyszczenia,
choć może sformułowanie to jest nieco na wyrost. Pełno jest
postapokaliptycznych filmów, w których na dobrą sprawę chodzi głównie o
rzeźnię, albo o pościgi samochodowe na dobrą sprawę prawie wszystkie, z Mad
Maxami na czele, są właśnie takie. W PTP pojawia się coś nowego:
tutaj mamy próbę pokazania konfliktu nie natury shotgunowo-samochodowej, ale
moralnej. Choćby dla samej inności tego filmu warto poznać tajemnice Yersuatcho
i Carbour City.
PTP był
wyświetlany w TVP1, w Polsce nie będzie dostępny w dystrybucji przynajmniej do
roku 2215-go, jedyna szansa obejrzenia wiąże się z pilnym śledzeniem programu
telewizyjnego.
Patent:
no... muzyka bardzo falloutowa i nieco już oklepany, ale zawsze na czasie,
narrator wprowadzający i wyprowadzający.
Motto: Pan
nie rozumie, że zanim jeszcze ludzie zobaczą ten pana reportaż, ja już dawno
będę dla nich jakimś czarnym charakterem z westernu mówi Jerry Paul i
puszcza oko do kamery. Ludzie widzieli już wszystko i nic ich to nie
obchodzi.
Mad Max / Szalony Max
1979, Australia, reż. George Miller,
scenariusz : James McCausland i George Miller.
Czuję się stremowana pisząc o tak wielkiej klasyce. Dla
wielu z nas Mad Max to nie tylko film kultowy, ale także ten, od którego
bierze swój początek Fallout. Jest w tym bardzo dużo prawdy. Pisałam już
w Radiated, że Fallout jest prawdziwą kopalnią wiedzy o
amerykańskiej kulturze jako takiej i niesprawiedliwością byłoby przypisywanie
mu czerpanie pomysłów tylko z jednego filmu, nawet tak doskonałego jak Mad
Max. Ale prawdą też jest, że Mad Max zdaje się być prawdziwą iskrą
zapładniającą i napędzającą wyobraźnię twórców naszej gry. Mnogość odniesień do
Maxa, którą odnajdujemy w Falloucie, jest doprawdy wielka i nie
sposób wszystkiego wymieniać. Opowiedzmy więc, jak to się wszystko zaczęło.
George Miller w 1979 roku był dopiero początkującym
twórcą. Studiował medycynę, którą zdecydował się porzucić na rzecz kariery
reżyserskiej podczas ostatniego roku studiów medycznych. Nakręcił wtedy wraz ze
swoim bratem bliźniakiem jednominutowy film, który zdobył pierwszą nagrodę na
filmowym przeglądzie studenckim. Mad Max był jego pierwszym poważnym
projektem pełnometrażowym, który okazał się być w rezultacie najbardziej znanym
i dochodowym przedsięwzięciem kina australijskiego wszechczasów. Mad Max 2,
The Road Warrior, został doskonale przyjęty przez krytykę i ponownie
stał się wielkim hitem. Miller reżyserował w Hollywood filmy, w których trudno
dopatrzyć się cech Mad Maxów, jeśli chodzi o miłość do samochodów i do
spektakularnych kraks i pościgów, choć w oczywisty sposób epatują one podobnym,
czarnym humorem i gwałtownością przeżyć bohaterów (Czarownice z Eastwick,
Olej Lorenza). Miller zdaje się być rozczarowany Hollywood i parokrotnie
wracał do Australii, przysięgając, że tym razem spalił ze sobą wszystkie mosty
i że już nie powróci.
Mad Max był filmem
o bardzo niskim budżecie. Zwykliśmy podchodzić do takich filmów nieufnie,
zakładając, że brak funduszy zwykle wiąże filmowcom ręce i czyni film ubogim.
Tym czasem, gdzie dla innych brak pieniędzy wydaje się zniewoleniem, dla
Millera paradoksalnie oznaczał większą wolność kreacji. Nie musiał tłumaczyć
się wielkim firmom producenckim z każdego swojego kroku i nie musiał
konsultować z nimi obsady. W całym projekcie widoczna była jakaś świeżość,
przymrużenie oka - jest to miła odmiana, gdy porównać ją ze skostniałą,
bezdusznie pragmatyczną postawą wielkich produkcji Hollywoodu.
Należy wspomnieć, że jako źródło inspiracji dla Maxa
Miller wymienia głównie film opisany przeze mnie powyżej, a mianowicie A Boy
and His Dog.
Cały proces tworzenia obsady przypominał trochę
artystyczny nieład. Czy wyobrażacie sobie, że kto inny, nie Mel Gibson, gra
Maxa? NIE!!! A doprawdy bardzo niewiele brakowało, żeby tak się właśnie stało.
Dwudziestotrzyletni wówczas Mel Gibson nie podszedł na przesłuchanie do
Millera, by dostać tę rolę. Właściwie to przyszedł z kumplem, który się o to
starał, w roli podpory moralnej. Ciekawe, czy i jego samego nikt wtedy nie
musiał podpierać, gdyż po prawdziwej bójce, w którą wdał się poprzedniej nocy w
jakimś barze, jego głowa wyglądała jak czarnosina dynia (jego słowa). Miller
poprosił go wtedy, by wrócił za trzy tygodnie i wziął udział w castingu, bo,
jak się wyraził, potrzebujemy tu takich czubków. Kiedy Gibson wrócił po
trzech tygodniach, nikt go nie rozpoznał, bo jego rany wygoiły się aż za
dobrze. Przeczytał fragment tekstu i dostał rolę.( Potem jego głos dla potrzeb
amerykańskiej wersji filmu został zdublowany. Miller bał się, że amerykańska
widownia nie zrozumie kwestii wypowiadanych z ciężkim australijskim akcentem.)
Konstrukcja świata Mad Maxa jest dla fanów Fallouta
jak wizyta w dobrze znanym domu. Mamy więc świat zniszczony nuklearną wojną,
która pochłonęła prawie wszystko: technologię, zaawansowaną cywilizację,
dobrobyt, znany przedtem porządek społeczny. Pustynny i dziki krajobraz
australijski jest metaforyczną kwintesencją stanu, w jakim znajdzie się Ziemia
już za kilka lat od teraz: jałowa, dogorywająca pustynia, upalna i nieprzyjazna
człowiekowi. Ludzie jeszcze usiłują walczyć, próbując zachować jakieś resztki
społecznego ładu i porządku, ale ich wysiłki są z góry skazane na niepowodzenie
w świecie coraz bardziej rządzonym przez chaos i śmierć. Ludzkość dotarła do
kresu swojego istnienia, ludzka cywilizacja jako taka nieuchronnie odchodzi w
nicość, a wszelkie próby utrzymania jej przy życiu wróżą rychły koniec.
Nadchodzi czas Pustki, w którym nie ma miejsca na uczucia i spokój. Wszelkie
formy organizacji społecznej ulegają korozji a przede wszystkim gwałtownej,
olbrzymiej regresji. Ludzkość jeszcze dysponuje produktami technologicznej
industrializacji, ale jednocześnie coraz bardziej przypomina świat
średniowieczny, o kastowej, pseudo-rycerskiej mentalności. Katastrofa odziera
człowieka z człowieczeństwa, każąc mu jeszcze raz walczyć o byt i przetrwanie
bezpośrednio, własnymi rękami, jak człowiekowi pierwotnemu. Tak więc świat staje
się przedziwnym patchworkiem cywilizacyjnym: obok skomplikowanych
technologicznie broni i pojazdów, idą w ruch noże, pałki, maczugi a także zęby
i pazury. (Ta konstrukcja świata zewnętrznego wydaje mi się największym
spadkiem po Maxie, obecnym w Falloucie).
Jak Maxowi udaje się przetrwać w takim świecie? Otóż
Miller sugeruje widzowi, że Max należy do tych, którzy jeszcze się łudzą. Jest
jednym z tych, którzy nadal usiłują ożywić trupa cywilizacji, niezłomnie
broniąc dawnych wartości których ostatecznym wyrazicielem jest dla Maxa
poszanowanie prawa. Niezłomność i siła tak widocznie obecne w jego
mentalności zdają się jedynie utrudniać Maxowi pojęcie prawdy że Świat
Zasad odszedł na zawsze. Tym brutalniejsze jest jego przebudzenie.
Max Rockatansky (miły akcent, prawda?) jest młodym
oficerem policji, czy też raczej motocyklowej służby porządkowej (MFP),
usiłującej, coraz bardziej bezskutecznie, chronić zdewastowane bezdroża
Australii przed zmotoryzowanymi bandami Jeźdźców Nocy, obdzieraczy trupów-bezlitosnych
myśliwych, za wszelką cenę polujących na nowy wymiar bogactwa post-nuklearnego
świata paliwo i samochody.
Prawo reprezentowane przez oficerów MFP już jest
zmodyfikowane na potrzeby nowej rzeczywistości. Nie noszą oni mundurów, lecz czarne
motocyklowe skóry. Ten kostium doskonale oddaje charakter ich pracy w tym
świecie oficer musi być równie groźny jak jego wrogowie, a jego jedynym celem
jest złapanie lub wyeliminowanie przestępcy. MFP nie zatrzyma się, by
sprawdzić, czy obywatele, których roztrącił ścigając Nocnych Jeźdźców, nie
zostali ranni. Nie stosuje żadnej procedury pościgowej. MFP sam w sobie jest
produktem nowej, trudniejszej odmiany cywilizacji, w której prawo niszczeje
mimo prób jego ocalenia.
Pierwsza scena filmu jest spektakularna. Pojawia się
krótkie ujęcie znaków drogowych, na których widnieją słowa: Anarchy (anarchia)
i Bedlam (dom wariatów). Na tym tle, jak w koszmarze sennym, samotny banita
pruje bez końca przez australijska pustynną plątaninę szos. Ściga go policja,
która choć wyposażona w potężne krążowniki szos, zdaje się tracić do
uciekającego. Banita otwarcie naigrawa się ze ścigających, pewny swoich szans
ucieczki. Samochody MFP to modele Forda Falcona z 1972 i 1973 roku; w 1979,
kiedy film pojawił się na ekranach, te samochody już miały po kilka ładnych lat
(w rzeczywistości nieodległej przyszłości). Wszystkie samochody w filmie to
raczej starsze, prostsze modele, bez elektronicznych gadżetów, które sprawiają,
że nowoczesne samochody tak łatwo się psują. W tej przyszłości samochody i
motocykle muszą być proste w obsłudze i konserwacji, a mechanicy zdobyli wysoki
status w społecznej hierarchii, ponieważ potrafią złożyć pojazd z części. Tak
więc zarówno policjanci, jak i bandyci poszukują prostszych, łatwiejszych w
obsłudze samochodów. (Tyle, jeśli chodzi o rzeczywistość filmową. Prawda w
realnym świecie była taka, że budżet filmu opiewał na niecałe 350 tysięcy
dolarów australijskich***, więc starsze samochody były po prostu tańsze i
łatwiejsze w obsłudze. A i tak nie obyło się bez cięć. Furgonetka, której
rozbicie w kawałki widzimy w pierwszej scenie filmu, stanowiła własność
reżysera, ponieważ produkcji zaczęło brakować pieniędzy. Około dwudziestu
procent przewidzianych scenariuszem scen pościgu nie zostało zrealizowanych z
powodu braku funduszy.) Koniec pościgu kończy się dla bandyty tragicznie,
spłonie on we własnym samochodzie. Na takim tle poznajemy Maxa po raz pierwszy,
a jego skupiona, młoda twarz przez moment wydaje się kompletnie nieczuła i
odarta z emocji.
Następna scena stoi w zdecydowanym kontaście z pierwszą.
Max, który do tej pory wydawał się raczej bezduszną maszyną, zrzuca maskę.
Okazuje się, że ma żonę i malutkiego synka. Jest oddanym mężem i ojcem. Cień
bezdusznego zabójcy w obronie prawa znika z jego twarzy, Max pokazuje widzowi
swoje wrażliwe miejsce.
Z jednej strony szlachetny, wrażliwy introwertyk w
żelaznej masce zasad, z drugiej barbarzyńska horda. Wszyscy wiemy, co się dalej
stanie. Żona i synek, jedyna nić łącząca naszego bohatera z Dawnym Porządkiem,
zostaje zerwana. Ich brutalna śmierć z rąk złowieszczego gangu Toecuttera
rozbija świat Maxa w kawałki. Przestaje być obrońcą życia, staje się
największym kinowym mścicielem wszechczasów. Przedtem obrońca życia, teraz jego
niszczyciel. Zemsta okazuje się dla niego celem samym w sobie, Max staje się
jednym z tych, których kiedyś tak bardzo zwalczał. Znika prawdziwa wola życia,
pozostaje jedynie czysto biologiczny lęk przed fizycznym ustaniem. Dusza Maxa,
to mikroświat, w którym odbija się jak w lustrze upadek naszej cywilizacji.
Umarło wszystko. Pozostała tylko ciemność i nicość. Ostatnia scena ukazuje Maxa
nowego banitę jadącego bez końca pustynnymi bezdrożami. Tylko tym razem nie
żadnego stróża prawa, który mógłby spróbować go zatrzymać. Nadzieja na
odbudowanie lepszego jutra okazała się żałosnym złudzeniem.
Świat zginął.
Mad Max często
przedstawiany jest jako majstersztyk kaskaderskich popisów samochodowych
pościgów. I tak jest w istocie. Można o tym pisać w nieskończoność. Nie ujmując
nic z jego niezwykle dynamicznego obrazu, dla mnie film ten jest przede
wszystkim kwintesencją nowego pojęcia apokalipsy, niedoprawionej mdłym sosem
napuszonych ozdobników i patosem. Jest surowy, brutalny i nie daje żadnych
szans na przyszłość. Myślę, że właśnie to stanowi o sile jego przekazu. Jest w
nim świeżość i ostrość niespotykana nigdy przedtem ani potem. To takie małe
lusterko kieszonkowe Prawdy. Tacy naprawdę jesteśmy. Cała nasza ogłada to tylko
cienka otoczka. Tacy będziemy, jeśli Apokalipsa kiedyś nastąpi.
Patent:
Wystarczy powiedzieć, że Mad Max praktycznie stworzył wizualnie Fallouta.
Chwała mu za to na wieki. Dzięki niemu każdy z nas może mieć prywatny kawałek
radioaktywnej apokalipsy dla siebie;)
Motto: I'm a fuel
injected suicide machine.
I am the rocker, I am the
roller, I am the out-of-controller!
Amen, brother. Amen to
that.
Mad Max 2/ Road Warrior / Mad Max 2
1981, scen. Terry Hayes, George Miller, Brian
Hannant,
reż. George Miller. Produkcja Australijska.
Zastanawiając się nad
tym, czy Mad Max 2 jest filmem pozbawionym wad, znalazłem jedną rzecz,
którą, jeśli się uprzeć, można za wadę uznać. Reżyser użył w kilku miejscach
przyspieszonego tempa - dotyczy to ujęć z udziałem jadących pojazdów. Wiadomo,
że jak ma być pościg, to samochody powinny jechać jak najszybciej taką też
logiką kierował się zapewne Miller. Niestety w paru ujęciach obecni są ludzie i
widok osoby która nagle zaczyna uwijać się jak w ukropie, przypomina filmy
nieme, co wywołuje niezamierzony uśmiech na twarzy widza.
W zasadzie to
tyle o wadach.
Zastanawiając
się natomiast nad tym, dlaczego Mad Maxowi 2 dorównują może tylko dwa, trzy filmy sf (Blood of Heroes -
patrz cz.1 artu, oraz Blade Runner) zadałem sobie pytanie: dlaczego tak
trudno zrobić postapokaliptyczny film sf, który byłby jednocześnie filmem
genialnym?. I dlaczego po obejrzeniu Mad Maxa 2 mam wrażenie, że
lepszego filmu postnuklearnego zrobić już nie można? Niby odpowiedź jest prosta
o jakości filmu akcji decydują wiążące się ze sobą czynniki: postać głównego
bohatera, fabuła i sposób reżyserii.
Scena z filmu:
bohater tytułowy, Max, były policjant, obserwuje przez lornetkę samochód
osadników ścigany przez bandytów na motocyklach. Samochód przewraca się,
bandyci dopadają osadników. Co zrobiłoby w tym momencie 9 na 10 bohaterów
filmów akcji? Rzuciliby się na ratunek. Widz jest do tego przyzwyczajony,
oczekuje takiej decyzji. Ale Szalony Max to ten 10 bohater. On obserwuje i
czeka, aż szanse się wyrównają. Czekanie oznacza, że kobieta zostanie zgwałcona
i zamordowana, a jej towarzysz śmiertelnie ranny. Kiedy Max nokautuje jedynego
obecnego tu bandytę i podchodzi do rannego osadnika, widz oczekuje od niego
bezinteresownej litości. 9 na 10 bohaterów filmu akcji od razu pochyliłoby się
nad osadnikiem i opatrzyło mu rany, nie żądając niczego w zamian. Ale nie Max.
On na słowa podziękowania odpowiada: Nie fatyguj się. Chodzi mi tylko o
benzynę.
9 na 10
bohaterów filmu akcji zaczęłoby strzelać zaledwie zobaczywszy pierwszego wroga.
Ale nie Max. On ładuje w broń dopiero w 40-tej, a strzela dopiero w 75 minucie
trwania filmu.
9 na 10
bohaterów filmu akcji (w tym 2-krotnie Kevin Costner) z marszu przespałoby się
z główną bohaterką po tym jak stwierdza ona: Myliłam się co do ciebie.
Wybacz. Ale w sercu tego bohatera, i w takim świecie, nie ma miejsca na
miłość. A nawet, gdyby miało się znaleźć, kobieta ginie równie
niespodziewanie i, można by powiedzieć, przypadkowo jak w życiu.
Po słowach
mieszkańców osady: Z tobą za kółkiem pójdzie jak po maśle, Witaj
na pokładzie, Dziękujemy, 9 na 10 bohaterów filmu akcji
powiedziałoby na miejscu Maxa: Nie ma sprawy. Poprowadzę konwój. Ale
on zamiast tego mówi: Miło było robić z wami interesy, ale wyjeżdżam.
9 na 10
zabrałoby ze sobą obdarte, bezdomne dziecko. Max mówi: Wysiadaj.
9 na 10, po
tym jak ich samochód przekoziołkował kilkanaście metrów, wysiadłoby z niego i
otrzepało spodnie. Max zostaje ciężko ranny a jego najlepszy przyjaciel ginie.
Pod takiego
bohatera jest napisany scenariusz. Miło jest oglądać na ekranie Gibsona w chyba
jego najlepszej roli nie zbawcy świata, nie bohatera narodu amerykańskiego
(co niestety ostatnio zdarza mu się coraz częściej) czy szkockiego, ale w roli
człowieka, który dba tylko o własny tyłek. Nie jest to bohater o szlachetnym
sercu, ale również nie jest to ktoś, komu obce są ludzkie odruchy. Jedną z
zalet scenariusza jest to, że w paru scenach pancerz obojętności, jakim otacza
się Max, pęka i widać, jak bohaterem powodują właściwe człowiekowi instynkty.
Należy do nich ta, w której oddaje zdziczałemu chłopcu (w oryginale Feral Kid)
znalezioną wcześniej pozytywkę. Czyni to odruchowo, i bez zbędnych słów, a
dzięki temu scena nie staje się sentymentalna, lecz piękna.
Momentów,
które zapadają w pamięć nie wyliczę bo cały film długo tkwi w pamięci widza.
Brak natomiast scen zbędnych. Nie ma tu mowy o dłużyznach, i w historii filmu
nie ma chyba drugiego tak dobrego filmu jednocześnie mającego tak wielki
ładunek energii kinetycznej: tutaj ciągle się coś dzieje: bitwy, pościgi, nawet
starcia psychologiczne posiadają tą energię dzięki fenomenalnie rozpisanym
bohaterom drugiego planu. Przerwy, w których widz ma odpocząć od akcji są
doskonale wykorzystane na rozbudowę postaci bohaterów. Scenariusz pisało trzech
facetów, i jest to scenariusz z pozoru banalny i prosty, wręcz prostacki: Max
odkrywa obozowisko bandytów, a następnie osadników, którzy się przed nimi
bronią i którym musi pomóc uratować benzynę. Diabeł tkwi w szczegółach, i w tym
przypadku na imię mu George Miller. To czego dokonał pisząc scenariusz wraz z
dwoma pozostałymi autorami, jest wielkie pisałem już o bohaterze, o fabule,
która nawet najbardziej zimnokrwistym osobom nie pozwoli się nudzić, a
najbardziej wymagającym narzekać, teraz trzeba poświęcić parę słów podejściu
reżysera do filmu.
Miller
doskonale potrafi porozumieć się z aktorami. Pod jego okiem mniej więcej
5-letni dzieciak, który pewnie urodził się w Sydney albo Canberrze przeistacza
się w zdziczałego syna pustkowi, który miota bumerang jak aborygen. Cholera,
Miller potrafi nawet psa skłonić do gry aktorskiej godnej przyznania mu w
nagrodę dożywotniego zapasu mięsa i kości najlepszego gatunku. Zwierzak gra
jakby potrafił myśleć w sposób twórczy, która to zdolność właściwa jest przecież
tylko ludziom, a przy tym posiada obcy wielu z nich urok osobisty. Postacie
bohaterów, aby ożyły na ekranie, muszą być czymś więcej niż linijkami tekstu w
scenariuszu, a Miller najwidoczniej posiadł niedostępną wielu reżyserom
tajemnicę owocnej pracy z aktorami. Prawda, pod względem charakterystyk postaci
scenariusz MM2 jest świetnie napisany, a Miller potrafi jak żaden inny
reżyser filmów akcji (może za wyjątkiem Davida Peoplesa, patrz cz.1 artu)
wymyślić barwnych, autentycznych i oryginalnych bohaterów. Tu przydaje się bez
wątpienia jego szacunek, wręcz umiłowanie dla szczegółu: tam, gdzie większość
reżyserów machnęłaby ręką, np. niech każdy bohater 2-go planowy coś tam sobie
gada albo niech coś tam robi, kręcimy Miller mówi stop. Nawet bandyci, czyli
ci źli, którymi najmniej się każdy reżyser zajmuje, żyją własnym życiem, a nie
typową dla wielu produkcji egzystencją snujących się w tle statystów
wysokobudżetowego filmu. W filmie brak jest słabych kreacji, brak nawet kreacji
przeciętnych. Pomijając już Gibsona, z którym w podobnie postnuklearnym
otoczeniu mógłby się równać pod względem charyzmy chyba tylko Rutger Hauer,
każdy jeden aktor jest nie dość, ze świetnie obsadzony, to sprawia wrażenie,
choćby dzięki samemu kostiumowi, że jest indywidualnością. Na przykład taki
Toadie (czyli Ropucha), bohater budzący śmiech, ale równocześnie przebiegły i
inteligentny, również, jak Max, podróżujący przez pustynię nie tylko ubiera
się odmiennie od innych postaci, ale inaczej się wysławia, a nawet inaczej się
porusza. Robi to tak wielkie wrażenie, że patrząc na niego jestem gotów
opowiedzieć jego życiorys; po prostu widać po nim, że łaził po pustkowiach o te
kilka miesięcy za dużo;).
Osobnym,
wielkim rozdziałem, są w Mad Maxie 2 popisy kaskaderskie i efekty specjalne.
Pominę wybuchy, których pełno w każdym filmie akcji, a które tu stosowane są z
podziwu godnym umiarem. Brak tu efektów komputerowych (nie te czasy), ale to, w
jaki sposób wyreżyserowane są sceny pościgów samochodowych i walki to najwyższy
stopień wtajemniczenia. Jeśli chodzi o pracę kaskaderów, to tylko Jackie Chan
mógłby dokonać większych rzeczy. Ani ludzi, ani samochodów się nie oszczędza.
Finałowy pościg bandytów za cysterną, którą prowadzi Max jest słusznie
wymieniany jako jeden z trzech najlepszych w historii kinematografii, obok
pościgów z Francuskiego Łącznika i Bullita. Należy jednak
przyznać, że pościg z Bullita jest jednak odrobinę gorszy technicznie,
bo po kolejnym oglądaniu widać niedostatki nakręconego materiału. Miller chcąc
spotęgować prędkość jadących pojazdów, przyśpieszał w kilku ujęciach taśmę, o
czym wspominałem na początku. Jest to raczej trudno dostrzec w przypadku
pościgu końcowego, co przemawia chyba za słusznością racji reżysera.
Warta wspomnienia wydaje mi się również ciekawa
konstrukcja samego świata, w którym przyszło żyć Maxowi. Podobnie jak w wielu
innych post-apokaliptycznych produkcjach science-fiction, świat przedstawiony
jest na zasadzie kontrastu jakiś rodzaj człowieczeństwa otoczony jest przez
nieludzkość (najeźdźcy kontra osada). Tak jakby apokalipsa, która spadła na
świat, była swoistą i ostateczną próbą postawy moralnej, egzaminem, który
ujawnia prawdziwe ja. Max, żyjący sam i reprezentujący wartości gdzieś
pomiędzy pozostałościami człowieczeństwa (osadnicy), a nowym barbarzyństwem
pustkowi, musi w końcu wybrać, czy przypomnieć sobie o swoim miejscu w ludzkiej
społeczności, czy też odrzucić tę pamięć na zawsze. Kładka jest trochę wąska,
niestety: Road Warrior przypomina trochę opowieści o kowbojach i Indianach
szlachetni, rycerscy ludzie versus odrażający i sadystyczni jeźdźcy pustkowi.
Należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden ciekawy aspekt tej
post-apokaliptycznej rzeczywistości. W pierwszym filmie o Maxie, jego żona
zostaje zamordowana, a Max nie związuje się z nikim później. W Road Warrior,
społeczność osadników wydaje się być rygorystycznie czysta obyczajowo.
Mężczyźni, kobiety, a także dzieci wydają się być czyści i atrakcyjni
fizycznie. Nie tylko ich nieustępliwy altruizm, ale i jasne, czyste kolory ich
ubrań i włosów zdają się wykluczać erotykę z ich świata. Kiedy Max przybywa,
przez pewien czas wydaje się możliwym związek pomiędzy nim a seksowną
wojowniczką. Początkowo gości pomiędzy nimi niechęć (to niemalże standardowy
początek każdego romansu), potem stopniowo zmienia się ich relacja, gdy
podziwiają wzajemnie swoje umiejętności bojowe. Ale ten romantyczny wątek nie
zostaje rozwinięty. Na odmianę dla hordy barbarzyńców, seks ma wielkie
znaczenie. Ich ubrania zdają się być parodią sadomasochistycznych kostiumów
erotycznych. I to właśnie wśród nich istnieje jedyny jasno zdefiniowany wątek
romantyczny filmu: pomiędzy brutalnym, z irokezem na głowie motocyklistą a
jego młodym chłopakiem.
Warto wspomnieć o tym aspekcie dlatego, że MadMax
który stał się inspiracją dla tak wielu filmów, a dla nas przede wszystkim
dla Fallouta niesie sam w sobie masę odniesień i sam jest spadkiem po
określonej filozofii oscylującej wokół zagadnienia post-apokalipsy. Wydaje się,
że z jakichś powodów futuryści i piewcy odrodzenia po zagładzie doszli wspólnie
do wniosku, że po końcu cywilizacji ludzkość (a przynajmniej ci, co o owej
cywilizacji jeszcze pamiętają) odcina się od erotyki. Tak jakby apokalipsa
rozdarła ludzką seksualność na pół. Albo seks podlega całkowitej represji, tak
jakby w ogóle nie istniał (osadnicy), albo manifestuje się w serii
obrazoburczych, bluźnierczych wybryków, połączony z zadawaniem niewinnym
śmierci i absolutnym wyuzdaniem (barbarzyńcy). Świat przedstawiony w Road
Warrior to oczywiście sparodiowany mikrokosmos: faszyzujący barbarzyńcy
kontra ostatni obrońcy demokracji. W połączeniu z owym brakiem erotyki, nasuwa
się pytanie: co tak naprawdę ci ludzie usiłują ochronić? Wybór sceny
początkowej, przedstawiający brutalny gwałt zakończony śmiercią ofiary, został
moim zdaniem podjęty nieprzypadkowo. Od tej pory jasne jest, jakie dwa strachy
towarzyszą osadnikom, a są one tak blisko połączone, że stanowią nieomal jedno:
strach przed śmiercią biologiczną i obawa przed naruszeniem ich cielesnej
(seksualnej) nietykalności. Odpowiedź, jak sądzę, jest, że osadnicy bronią
swojej integralności, nierozerwalnej i nienaruszalnej odrębności. Także
erotycznej.
Ponieważ w świecie post-apokaliptycznym, w którym znikły
raz na zawsze wszelkie bariery tabu i świętości, pragnienie i lęk zostają
urealnione szybciej i łatwiej niż kiedykolwiek, a świat dzieli się na to, czego
chcemy i na to, czego się najbardziej obawiamy. Jest tak, jakby dopiero
ostateczna katastrofa zdarła z człowieka maskę i ukazała jego prawdziwą twarz.
Samo
zakończenie jest zazwyczaj najsłabszym punktem filmu. Scenarzyści najczęściej
robią z bohatera zbawcę świata, narodu, albo przynajmniej mniejszej
społeczności, który po tym jak zniszczył wrogów, w glorii i chwale odjeżdża z
kasą/ panienką i samochodem/ albo wszystkim naraz w kierunku zachodzącego
słońca, podczas gdy pojawiają się napisy końcowe. Tego typu zakończenie,
nazwijmy to syndromem supermana, sprawia, że film staje się banalny i jeżeli
nawet dotąd był dobry, obniża to jego wartość (np. fatalne ostatnie 5 minut Matrixa).
Max też kogoś uratował, ale tu zakończenie dalekie jest od banału, ponieważ
jest wiarygodne. Zaczynamy myśleć, że mimo całego sztafażu sf, to wszystko
mogło się wydarzyć naprawdę tak prawdziwe jest zachowanie filmowych postaci,
tak bardzo typowe dla ludzi. Oto wielkie zwycięstwo Szalonego Maxa.
Jeżeli nawet
kogoś mdli choćby na sam dźwięk słów postapokaliptyczny albo sf, to
powinien obejrzeć przynajmniej ten końcowy pościg, który jest absolutnym
arcydziełem reżyserii, sztuki operatorskiej i kaskaderskiej. Nie obejrzenie Mad
Maxa 2 oznacza w moim przekonaniu wielką stratę dla miłośników klimatów
postnuklearnych i fanów Fallouta. Mógłbym powiedzieć, że zobaczenie tego
filmu to obowiązek, że to klasyka, albo wręcz: nie widziałeś Road Warriora
nic nie widziałeś. Zamiast tego praktyczna rada: otóż, jeśli nie
widzieliście drugiej części Szalonego Maxa, w supermarketach i
niektórych sklepach jest on dostępny na kasetach i płytach dvd w cenie pomiędzy
dwadzieścia a trzydzieści złotych (podobnie zresztą część pierwsza!). Za taki
film to doprawdy szalona cena. Na ponad 300 tytułów DVD, które ostatnio
przeglądałem w markecie, znalazłem aż trzy warte grzechu filmy. Normalnie
szkoda mi płacić dwa do czterech razy więcej niż za kasetę wideo, ale,
rozumiecie sami, jednym z nich jest Road Warrior...
Patent:
Mógłbym w tym momencie zakrzyknąć: Wszyscy jesteśmy z Mad Maxa!
i byłaby to najdonioślejsza z prawd nie tylko o Falloutach, ale też o
95% postnuklearnych filmów i książek powstałych po Mad Maxie. Road
Warrior zainspirował nie tylko w decydujący sposób twórców Fallouta,
którzy czerpali z trylogii Szalonego Maxa garściami, ale również Joego
Devera, autora wydanych u nas w pierwszej połowie lat 90-tych serii
postnuklearnych gier książkowych Wojownik Autostrady, którego jest to
chyba ulubiony film:). Przykłady na inspirację całą trylogią Mad Maxa
twórców Falloutów można by mnożyć i mnożyć. Zaryzykuję stwierdzenie, że
gdyby nie było najpierw A Boy And His Dog, a potem MMów, to nie
mielibyśmy w co grać... Po prostu Mad Maxy tak bardzo rozsławiły gatunek
postapokaliptyczny, że ludzie, tacy jak wspomniany Dever i twórcy naszych
ulubionych crpg właśnie, zaczęli mysleć: kurcze, to się sprzedaje, to jest
fajne, warto zrobić z tego grę, coś a la Mad Max, oczywiście to by się
zmieniło, a to by się dodało, itd... Ja najpierw zagrałem w F1 i w F2,
po czym stwierdziłem, że F1 jest absolutnie de best, a potem dopiero
obejrzałem Mad Maxy 2 i 3 i uświadomiłem sobie, jak dużo zostało
z nich zapożyczone (a niektóre rzeczy wręcz zerżnięte). Mój podziw dla twórców Falloutów
znacznie osłabł, ale nie na tyle oczywiście, żebym zmienił swoje zdanie co do
najlepszej gry komputerowej.
Patenty
przykładowe: jednorękawowa kurtka madmaxówka, motyw bohatera,
który opuszcza tych, których ocalił, ludność łącząca się w szczepy (tribes),
pierwowzór Highway Patrolmana którym jeździ Max i oczywiście pies, zapowiedź
Falloutowego Dogmeata... (choć oczywiście właściwym protoplastą rodu
Dogmeatów był, jak napisała Heimao, bohater A Boy and His Dog).
Motto:
dużo było już o Maxie, więc ostatnie słowo należy do jego towarzysza
Toadiego: To tutaj. Siedziałem tu cztery dni, razem z wężami. Grałem w
mahjongga, piłem herbatkę i rozmyślałem.
Mad Max Beyond Thunderdome / Mad Max
pod Kopułą Gromu
1985, scen. George Miller, Terry
Hayes,
reż.
George Miller i George Ogilvia.
Odwieczne prawo sequela
można streścić jednym słowem: WIĘCEJ. Więcej kasy na film, więcej dekoracji,
więcej pościgów, więcej statystów itd. MM 3 nie jest tu wyjątkiem. Nie
zawsze jednak więcej przekłada się na lepiej, i to jest chyba, niestety, drugie
prawo sequela: po prostu rzadko który jest lepszy od poprzednika. Tylko wybitny
reżyser mający dobry scenariusz jest w stanie sprawić, że kontynuacja jest
lepszym filmem. O ile pamiętam pierwszego Mad Maxa (oj dawno to było,
dawno), to dwójka podobała mi się znacznie bardziej niż jedynka czyli
Millerowi udało się zmienić naturalny bieg rzeczy, który nie ominął tak
słynnych serii jak Nieśmiertelny, Rocky, Obcy, czy Planeta
Małp. Z kolei trzeci Mad Max jest gorszy od swojego poprzednika,
mimo, że teoretycznie z takim budżetem i tak utalentowanym autorem powinien być
lepszy. Oglądajac Mad Maxa pod Kopułą Gromu bezpośrednio po Road Warriorze
doszedłem do wniosku, że Miller postanowił wykorzystać dobrze sprawdzone
elementy z wcześniejszej części i przy użyciu znacznie wyższego budżetu
wyolbrzymić to, co stanowiło o jej jakości.
W MM2
mieliśmy Toadiego, który śmieszył i bawił widza a więc i w MM3 mamy
Toadiego, który tymczasem dorobił się syna i samolotu. W MM2 mieliśmy
Feral Kid, zdziczałego chłopca w MM3 mamy całę plemię zdziczałych
dzieci. W MM2 mieliśmy psa, przyjaciela Maxa - w MM3 mamy małpkę,
przyjaciela Maxa.
W MM2
podobała nam się scenografia osada zbudowana ze złomu, wraków samochodowych i
tego, co było pod ręką. W MM3 mamy więc Bartertown: zbudowane z
niczego miasto liczące kilkuset mieszkańców. W MM2 mieliśmy pościg
finałowy samochodowy w MM3 mamy pościg finałowy samochodowokolejowo-lotniczy.
W MM2 zachwyt budziła różnorodność i barwność postaci dalszego planu
tu mamy ich całe zatrzęsienie, różnorodnych jak należy. W tym Tinę Turner.
Apropos Tiny,
co też wiąże się bezpośrednio z muzyką: w MM2 mieliśmy muzykę na tyle
przeciętną, że jej nie pamiętamy po obejrzeniu filmu, ale i na tyle przyzwoitą,
że nam w tym nie przeszkadzała. Tutaj, mało, że mamy babcię Tinę (na potrzeby
filmu nazwano ją Ciotunia Wieczność Aunty Eternity), która napisała conajmiej
2 piosenki na potrzeby ścieżki dźwiękowej (w tym przebój We Dont Need
Another Hero), to zaangażowano do napisania muzyki jednego z
najpopularniejszych na świecie kompozytorów filmowych, Mauricea Jarrea
(najsłynniejszy chyba z muzyki do Lawrencea z Arabii też pustynne
klimaty;)). Turner jest w porządku, oglądanie jej w roli Ciotuni będzie na
pewno sporym zaskoczeniem dla osób, które odmawiają jej jakichkolwiek talentów,
a ewentualna banalność jej piosenek nie przeszkadzają nam, z urodzenia
nie-anglojęzycznym, w ewentualnym rozkoszowaniu się jej głosem;)) Natomiast to,
co skomponował Jarre to nieco inna bajka. Jego muzyka popada w skrajności - raz
przydaje nastroju (np. gdy Max przybywa do Bartertown słychać egzotyczne bębny)
a raz drastycznie odziera scenę z klimatu (moment pożegnania Mastera z
Blasterem, kiedy to słychać sentymentalnie kiczowate rzępolenie skrzypiec oraz
kobzy, jakby kompozytor oczyma duszy już widział Gibsona w Braveheart).
Całe
szczęście, że reżyseruje wciąż Miller (co prawda wespół z jakimś innym
Georgem), bo inaczej mogłoby dojść do katastrofy. Jego ogromna wyobraźnia w
połączeniu ze znacznie większym niż w MM2 budżetem stworzyła niesamowity
świat Bartertown oraz komuny dzikich dzieci majora Walkera. Ach, te postacie!
Ci, pogardzani przez wielu reżyserów aktorzy drugoplanowi i statyści! Pod okiem
Millera każdy byle statysta, już to pisałem wyżej i powtórzę jeszcze raz, staje
się żywym człowiekiem obdarzonym własną historią. Bogactwo i rozmach
przedstawionego świata zapiera dech w piersiach. W jednym tylko ujęciu, gdy Max
idzie wśród tłumu w Bartertown, migają nam człowiek grający na flecie, gruba
kobieta robiąca sobie tatuaż, bandzior w skórzanej zbroi, któremu golą głowę,
inny, czyszczący właśnie zawieszony na palu kawałek skóry to wszystko w
ułamkach sekund
Powiedzieć, że postacie drugoplanowe są wspaniałe, to tak
jakbym miał stwierdzić, że Fallout 1 czy 2 to niezła gra. Brakuje
słów, po prostu trzeba zobaczyć, nie tyle nawet Ciotunię Wieczność, ale jej
niewidomego saksofonistę, pomocnika ze śmiesznymi okularkami czy innego, z
dziwacznym pióropuszem, na którym zatknięto twarz japońskiej lalki, czy też
niesamowitego Mastera Blastera.
W MM 3
bohaterowi tytułowemu przybyło trochę siwych włosów. Nie jest to jedyna zmiana.
Max staje się bardziej bohaterem niż człowiekiem. Chciałoby się powtórzyć za
Tiną Turner słowa jej przeboju: We Dont Need Another Hero, ale cóż,
trzeba tą przemianę Maxa zaakceptować. Przeciwnik, jak każe prawo sequela, jest
większy, trudniejszy do pokonania, więc i bohater musi rosnąć w siłę. Max wciąż
miewa przebłyski "szaleństwa", które przysługuje mu z racji tytułu
filmu, ale wyraźnie można odczuć, że tym razem Max jest szalony tylko na
wyrost, a jego szaleństwo jest bezpieczne i oswojone... Z wiekiem, jak wiadomo,
człowiek łagodnieje być może tym scenarzyści tłumaczyliby postępujące
tatusienie Mad Maxa.
W scenariuszu
jest stanowczo za dużo dzieci. Film nabiera przez to familijnego, bezpiecznego,
ździebko costnerowskiego klimatu, zwłaszcza, że nasze szkraby dokazują różnych
cudów. Można powiedzieć żegnaj literce R na opakowaniu kasety MM2
oraz budzącemu grozę u przewrażliwionych rodziców kwadracikowi z czerwoną
otoczką w rogu ekranu tv, i powitać nalepkę z napisem PG 13 (czyli u nas od
lat 12). Ale na szczęście Miller to nie Costner a Mad Max nie Postman:
bohater dość sprawnie rozstawia dziatwę po kątach, jak przystało na egoistę,
którego obchodzi niewiele poza własnym tyłkiem;).
Filmowi brak
niesamowitej energii kinetycznej, która cechowała poprzednika. Wątek dzieci
majora Walkera, mimo, że wprowadza klimat, niestety spowalnia akcję. Jest tu
troszkę snucia się oraz siedzenia na tyłku, co średnio przystoi bohaterowi
filmu akcji. Chyba zawinił tu fakt, że tym razem nie ma jednoznacznie
zdefiniowanego celu, jakim np. w MM2 była konieczność uratowanie osady
(mimo samozachowawczych pobudek Maxa). No dobra, niby ma znaleźć wielbłądy,
potem przeżyć na arenie, potem uciec Ciotuni czy pomóc dzieciakom, ale to są
takie subquesty jak w Falloucie. Brak zadania, które dawałoby głównemu
bohaterowi skrzydła, powód do życia, jakiegoś G.E.C.K.A czy Waterchipa, których
rolę w MM2 pełni cysterna z bezcenną benzyną. Max ma przez to po prostu
mniej ikry, mimo tego, że swojego słynnego obrzyna używa już w 6 minucie filmu.
Dzieciaki jednak przynoszą również nieocenione korzyści: w paru scenach z ich
udziałem można doszukiwać się, właściwie nieobecnych w MM2, momentów
pseudofilozoficznych. Znaczy to tyle, że twórcy dają widzowi szansę pomyśleć o
tym, co się stało z dawnym światem, budują na styku przeszłości i
teraźniejszości nowe znaczenia. W MM2 ogromną siłę oddziaływania miała mówiąca
o tym w prologu filmu pseudodokumentalna kronika wydarzeń, tutaj mamy np.
świetną scenę opowieści zdziczałych dzieci, które na swój sposób zinterpretowały
historię jakiegoś pilota samolotu i zbudowały w oparciu o nią mit o majorze
Walkerze, albo równie wspaniałą scenę odsłuchania przedwojennej płyty
gramofonowej. Jest w tym filmie jeszcze parę innych chwil, w których przeszłość
przeplata się z przyszłością i przywołuje nostalgię, wspomnienia dawnego świata
sprzed wojny, prowokując do nieco głębszych przemyśleń, niż przyzwyczaił nas
gatunek postapokaliptycznego s.f. W przypadku tych dwóch scen można mówić, że Mad
Max 3 jest wielki...
Scenografię
jest wybitna, w filmach postapokaliptycznych nie ma konkurencji. Samo
Bartertown, ze wszystkimi straganami, górującą nad nim siedzibą Ciotuni,
Pod-światem (Underworld), czy wreszcie Kopułą Gromu, to źródło inspiracji i
najlepszy przykład dla każdego, kto chce się spróbować z gatunkiem
postapocalyptic sf.
Walka pod
Kopułą Gromu jest kapitalna, a jeśli chodzi o jej rozwiązanie, właściwie trudno
byłoby znaleźć lepszą. Niestety, za chwilę nadchodzi moment, w którym
kompozytor Jarre wkracza ze swoimi kobzami i skrzypcami i niweluje wszelkie
emocje. Nie jest to muzyczny kicz rodem z Władcy Pierścieni 1, ale przez
chwilę MM3 niebezpiecznie się o niego ociera.
Prawo sequela:
finałowy pościg musi być większy niż w poprzedniej części. Znów mamy troszkę
przyśpieszonego tempa, ale już mniej. Max wiezie ze sobą połowę przedszkola, a
jeszcze spotyka na drodze synka Toadiego. Przez to mamy tu trochę
niepotrzebnego śmiechu - na przedszkolnym poziomie, niestety. Producenci chcą
zwrotu większych pieniędzy i sukcesu finansowego, to zrozumiałe, dlatego też
audytorium jest potencjalnie szersze, film już od lat 12. Ale po co w takim
razie udawać, że Max jest szalony, nie lepiej od razu zrobić z niego
potulnego ojca rodziny, ubrać w garnitur i dać do ręki książkę z bajkami? Toadie
ma też jakoś mniej ikry niż poprzednio, ale, bądź co bądź, rzeczywiście jest
tatusiem. Pościg, owszem, jest bardzo dobry, ale daleko mu do tego z MM2.
Łatwo przewidzieć, że Max uratuje dzieciaki, a końcowe darowanie mu winy przez
Ciotunię odbieram jako zagrywkę wymierzoną widzowi poniżej pasa. To po jaką
cholerę idiotka rzuciła przeciw niemu wszystkie swoje siły i straciła
najlepszych ludzi? Taki pusty gest absolutnie do mnie nie przemawia.
Muszę przyznać, że Beyond Thunderdome to najmniej
przeze mnie lubiana i doceniana część przygód Maxa. Wspomnę jedynie, że wydaje
mi się, że zarówno scenariusz, jak i reżyseria tej części zdaje się poniekąd
wysilona
tak jakby udziwnienie było najlepszym zagęszczaczem akcji i fabuły. I
wszystko byłoby w porządku, gdyby owe udziwnienie miało klasę i pomysł, a
wydaje mi się, że takiego brak. Beyond Thunderdome nosi wyraźne ślady
skręcenia ku surrealizmowi filmowemu (Pytanie widza: a dlaczego tak jest, bo
wydaje się bez sensu? Odpowiedź twórców filmu: bo to inny świat, więc inny
świat rządzi się dziwnymi, niezrozumiałymi dla nas regułami), ale surrealizm,
choć jest oczywistym ukłonem w stronę magii i podświadomości, też musi mieć
ręce i nogi (stojące głęboko w odpowiedniej symbolice) albo całość sprawia
wrażenie niedopracowanej. Tak więc MM3 miejscami sprawia wrażenie
marzenia sennego (dla mnie szczególnie wtedy, gdy na scenę wchodzi społeczność
dziecięca), co ma z kolei pogłębiać wrażenie ostatecznego rozpadu cywilizacji,
którą znaliśmy i zacierać nadzieje na jej odbudowanie. Chwilami wydaje się, że
to jedynie Max jest samotnym realnym, z krwi i kości człowiekiem; wszyscy inni
są tak dalece nierzeczywiści, że przypominają duchy czy zjawy. Z drugiej strony
jednak przesłanie tego filmu wydaje mi się pozytywne (oczywiście w owym
udziwnionym sensie). Oryginalny Max opowiadał historię człowieka twardego i
pozornie przystosowanego do okrutnego świata, w którym przyszło mu żyć.
Jednakże w jego sercu gości słabość, spadek po Dawnym Porządku - miłość do jego
żony. Gdy ona ginie, Max rozpoczyna wędrówkę po Pustkowiach, których nicość
krajobrazu jest symboliczna, oddaje stan, w jakim znalazła się ludzka
cywilizacja i stan duszy Maxa. W Road Warrior odnajdujemy go ponownie,
stojącego na bezdrożach pomiędzy pamięcią o tym, co było a bezmyślnym
niemalże, funkcjonalnym okrucieństwem nowego świata. Beyond Thunderdome w
pewien niejasny sposób czyni to jego właśnie obrońcą upadłych wartości
zwłaszcza na tle mieszkańców i królowej Bartertown. Tak więc gdy pod koniec
filmu okazuje się, że Maxowi udało się przetrwać, wraz nim jakbyśmy przetrwali
my wszyscy. Nadzieja (tylko na co? to właśnie wydaje się trochę niejasne)
istnieje nadal.
Ma więc Szalony Max pod
Kopułą usterki, jednak zalety przeważają. Najważniejszym czynnikiem za
jest epicki oddech tej przygody: niewielu scenarzystów kina akcji wykreowało
światy równie barwne i bogate, tak pieczołowicie, w najdrobniejszych
szczegółach dopracowane i jednocześnie niemal od początku wsysające widza w
ekran.
MM3
jest również dostępny w sklepach, na podobnej zasadzie co i MM2, i choć
nie zachęcałbym do zapoznania się z filmem tak gorąco jak w przypadku
poprzednika, to mimo wszystko - ta szalona cena...
Patenty:
Jest ich od tytułowego groma i jeszcze trochę. Choćby właśnie Kopuła Gromu,
albo służące w Bartertown do rozstrzygania spraw spornych koło kolejne
wyśmienite pomysły Millera. I ten sposób wykonania kary... Nie będę więcej
pisał, trzeba to zobaczyć.
Motto:
Hmm... Może: Koło nie błądzi, sprawę rozsądzi (Master deal, praise
the wheel). Albo: Dwóch wchodzi, jeden wychodzi. Prawda, że
genialne w swojej prostocie?
*Nie oglądałem A Boy and His Dog, więc bez wahania
przyznaję Heimao rację i poprawiam swój błąd rzeczowy;))). Jeżeli jednak pomyślimy
o raczej lokalnym niż międzynarodowym sukcesie tego filmu, który tylko wśród
fanów sf zyskał miano tzw. filmu kultowego, to tym razem ja podam w
wątpliwość stwierdzenie od niego wszystko się zaczęło. Bez wątpienia zaczął
się od niego Mad Max, ale z kolei to właśnie u Szalonego jest
dłużna zdecydowana większość późniejszych filmów, a i spora część książek czy
komiksów postapokaliptycznych. To Max zdobył sławę i, choć jestem
pewien, że autorzy Fallouta doskonale znają Chłopca i Jego Psa,
sprowokował największy wśród twórców i miłośników post-apocalyptic sf odzew.
Jest też parę wcześniejszych filmów, które, mimo, że nie miały tak
pre-falloutowego klimatu jak A Boy
, można wymienić jako praprzodków
nie tyle Fallouta (bo tym najczystszym i najwcześniejszym jednocześnie
jest Chłopiec), ale gatunku około- czy postapokaliptycznego (na których
z dużym prawdopodobieństwem twórcy gry, a może i autor Chłopca
,
Ellison, wzorowali się tworząc klimat skazanego na zagładę świata). Wymienię
tutaj tylko kilka najwcześniejszych, które nie budzą moich wątpliwości; na
pewno jest ich nieco więcej:
Day the world Ended 1956
The World, the Flesh,
and the Devil1959
On the Beach1959 (w
telewizji Hallmark można czasem obejrzeć powtórki remake'a tego filmu z roku
2001 w reżyserii Russela Mulcahy, współautora Nieśmiertelnego;
oczywiście, jak to remake jest sporo gorszy od oryginału)
Day the Earth Caught
Fire1962
The Last Days of Planet
Earth1974
Eden, kiedy zwrócił się do mnie z prośbą o dopisanie się
do jego artykułu, prosił nie kryć się z opiniami, które będą sprzeczne z jego
własnymi. Odważny i odkompleksiony facet z niego, co? Nie, serio, bardzo to
podziwiam. Więc tak: zasadniczo masz oczywiście rację, Eden. To Maxa
znamy, to Maxa kochamy. Tylko jak zawsze, powraca tu odwieczny problem.
Co było pierwsze: jajko czy kura? Może bez Chłopca
nigdy by Maxa
nie było? A może byłby na tyle inny, że przyszli twórcy Fallouta nie
dodaliby go do ulubionych? Tylko o to mi chodziło. A wszystkich szczęśliwych
posiadaczy stałki i odrobiny pasji dla celuloidowej apokalipsy, zapraszam na
stronę: www.movieflix.com
. Tam obejrzycie sobie Chłopca
w całości i sami wyrobicie sobie opinię
w tym temacie.
**Gdyby to słyszał Jones, obraziłby się za tego
kaskadera;))). Justus E. McQueen (wziął pseudonim L.Q. Jones od granej przez
siebie w jednym z filmów wojennych postaci) to aktor charakterystyczny dalszego
planu facet grający, z racji słusznej postury i wyrazistej twarzy
twardziela, role, zbyt epizodyczne zazwyczaj, aby nazwać je drugoplanowymi,
ale i nie zasługujące ani na nazwanie ich statystowaniem, ani popisami
kaskaderskimi (zapewne postacie grane przez Jonesa często ginęły, ale nie
zajmował się on w dublowaniem innych aktorów podczas kręcenia niebezpiecznych
scen w Strażniku Texasu byłoby to dla niego wręcz nie wskazane, gdyż
podczas tworzenia serialu dobiegał 70-tki). Z tymi produkcjami B i C, w
których uczestniczył, to też nie do końca prawda zdarzyło mu się brać udział
w kilkunastu filmach, gorszych czy lepszych, ale zdecydowanie klasy A:
wspomnę tylko, że najlepszy amerykański reżyser westernów, Sam Peckinpah,
pięciokrotnie angażował go do swoich projektów (m.in. Dzika Banda, Pat
Garrett i Billy Kid, Major Dundee).
Przeczytawszy recenzję Heimao i zapoznawszy się z jej
opinią n.t. filmu, bardzo ubolewam nad tym, że L.Q. nie miał szansy na
kontynuację kariery reżyserskiej:(((. Cóż, pozostaje mi tylko śledzenie z
zapartym tchem odcinków Strażnika Texasu w nadziei, że ujrzę twarz
pioniera gatunku filmu postnuklearnego
;))
Jones brał udział w Texas Ranger, ale wcześniej.
Teraz telewizornia nasza kochana serial powtarza, więc może będziecie mieli
szczęście;-). Do 1997 roku Jones występował często w Renegade, a
ponieważ moja młodsza siostra kocha się w panu Lamasie i nagrywała ten cudowny
serial, ostatnio przejrzałam jej kasety w poszukiwaniu naszego kaskadera
no i
Eden, bracie, to SĄ popisy kaskaderskie, co pan Jones tam robi. Niewiele mówi,
zbiera ciosy od głównego pięknisia i szybko ginie niesławną śmiercią opryszka.
Wiek najwyraźniej mu nie przeszkadza. Szkoda, że tak skończyła się jego
kariera
choć może innej nie pragnął. Może wiszenie na świeczniku nigdy nie było
jego celem. W takim razie punkt dla niego.
***wg najlepszej strony poświęconej Mad Maxom: www.madmaxmovies.com, koszt jedynki
wyniósł 400 tys. $ australijskich, z czego Gibson wziął całe 15 tysięcy. Dwójka
kosztowała już 4 miliony, dla Mela oznaczało to 120 tys. Trzeci MM to już
12-milionowy budżet i 1,200,000 dla gwiazdora. Na tej stronie, obok
ciekawostek dotyczących filmów, możecie również podziwiać zdjęcia i zapoznać
się z historią budzącej pożądanie chyba każdego faceta bryki Maxa
Interceptora, będącego przeróbką Forda XB GT Falcon Coupe, rocznik 1973.
Sprawdźcie również oficjalną stronę pierwszego Maxa: www.madmaxthemovie.com.
Dużo ciekawych zdjęć i muzyka. A także polecana przez www.madmaxmovies.com
stronkę www.monstersinmotion.com.
Jak cierpicie na nadwyżkę budżetową, to może kupilibyście sobie kurteczkę Maxa?
Albo jego sawed-off shotguna?