Koniec świata, cyborgi i Magiczny Destylator
czyli
O filmach postapokaliptycznych
(część pierwsza)
AUTOR: eden
Poniżej
opisałem filmy, które łączą w sobie główną cechę świata Fallouta - są
postapokaliptyczne. Postanowiłem uwzględnić nie tylko "standard
falloutowy", czyli filmy postnuklearne, ale również te, w których
apokalipsa ma wymiar zagłady biologicznej, potopu, czy też innego kataklizmu,
mniej lub bardziej zależnego od człowieka. Jeżeli więc uznałem, że film był w
taki sposób "apokaliptyczny" - uwzględniałem go w opisie. Przy tym
chodziło mi o apokalipsę w wymiarze co najmniej ogólnokrajowym - po co się
rozdrabniać? ;). Stąd nie znalazło się miejsca dla paru produkcji, które
trzymają klimat, ale w istocie nie podpadają pod nasze kryteria, np. dla
nastrojowej klasyki s.f. Ucieczka z Nowego Jorku Johna Carpentera (była
tam apokalipsa w wymiarze "mini": co prawda całkiem silne trzęsienie
ziemi, ale tylko w NY). Większość z tych filmów powinna wzbudzić
zainteresowanie fanów Fallouta, niektóre są w stanie wpędzić w depresję i
abstynencję, a kilka spowoduje dygotanie, chrząkanie, klaskanie uszami i ogólny
zachwyt.
Na pierwszy
ogień idzie jedenaście filmów, w kolejnych częściach artykułu przyjdzie czas na
jeszcze więcej postapokaliptycznego koksu (włącznie z klasycznymi Mad Maxami).
Część tytułów jest dostępna bez problemu, za innymi trzeba się nachodzić (lub
liczyć na szczęście i śledzić nocne seanse telewizyjne), a możliwość obejrzenia
innych są równe szansom trafienia Special Encountera przy umiejętności
Outdoorsman równej 1%. Ale jak to napisano w Biblii (nie-falloutowej!),
szukajcie... proście... kołaczcie... a może w końcu nadepniecie na Święty
Granat Ręczny;)). Z drugiej strony, co za problem zdobyć jeden czy drugi film,
po tym jak się Fallouta bez jednego wystrzału przechodziło, a Mastera ripperem
łaskotało?
Acha, jeszcze
wyjaśnienie. Że najpierw tytuł oryginalny, potem jego polskie tłumaczenie
(identyczne z kasetowym/telewizyjnym), data powstania a później opis - to
jasne, ale potem są zagadkowe: Patent i Motto. Otóż
to pierwsze oznacza jakiś filmowy wynalazek, nierzadko mogący być inspiracją
np. dla twórców Fallouta, bądź też coś innego,
ciekawego/dziwnego/głupiego, co wydało mi się charakterystyczne dla filmu, a co
wymyślił autor scenariusza. Natomiast Motto jest wypowiedzianą przez
bohatera/bohaterkę filmu kwestią, która wydała mi się z jakiegoś powodu
szczególnie interesująca/śmieszna/głupia - i ważna, a przy tym mogącą być czymś
w rodzaju "złotej myśli", a nawet aforyzmu. Miłej lektury!
2002: The Rape
of Eden / Gwałt na Edenie* 2000
rok prod. 1992, scen.
i reż. Sam Auster.
Osią fabuły
jest pościg Łowcy (w napisach końcowych filmu widnieje jako "Bounty
Hunter") za Dziewicą ("The Virgin"). Nie jest to jednak żaden
futurystyczny erotyk, tylko niskobudżetowe s.f. rozgrywające się po tym, jak
Japonia zdobyła w świecie rolę przodującego mocarstwa. Ameryka jest w filmie
przedstawiona jako piaszczyste pustkowia; można się domyślać, że spotkał ją
jakiś kataklizm, a jak kataklizm, to pewno nuklearny. Ludzkość jest
dziesiątkowana przez nieuleczalną, zaraźliwą chorobę krwi, tylko nieliczni
wybrańcy są zdrowi. Łowcy - trudniący się polowaniami, zarażeni wyrzutkowie
społeczeństwa, żyją dzięki spadochronowym zrzutom żywności dostarczanej przez
ich japońskich szefów. A na co polują? Właśnie na dziewice! W kontekście filmu
"dziewica" oznacza kobietę o czystej, nieskażonej chorobą krwi,
zdolną do rozrodu. Naturalne jest więc, że "dziewice" są na wagę
złota ;). Ofertę pieniężną japończyków przebija Pastor - demagogiczny duchowny,
który dzięki swojej charyźmie popartej wymawianymi w religijnej ekstazie
cytatami z Biblii zjednuje sobie grupkę zdrowych obywateli - "pomazańców
boskich" i postanawia zbudować na swoim ranczo "Rajski Ogród"
oddzielony od toczonego zarazą, skazanego na zagładę świata. Skoro ma już
"Adamów", to potrzebuje tylko Ewy... (cytat z przemówienia Pastora [w
tej roli świetny Jeff Conaway] do "wiernych": "...Wiele Ew
znajdzie drogę do naszego Ogrodu"). Zapotrzebowaniu na Ewy wychodzi
naprzeciw Łowca, główny bohater filmu. Postanawia dostarczyć Pastorowi Dziewicę
wskazaną mu poprzednio przez japońskich szefów, którzy jednak oferowali
mniejszą zapłatę...
Ot i fabuła.
Wbrew ograniczeniom scenograficznym oraz w kwestii efektów specjalnych, film na
tyle odbiega od sensacyjnych standardów i jest tak nakręcony, że po paru
minutach przestaje się zauważać braki wynikłe z możliwości finansowych twórców.
Stało się tak głównie dzięki bogatej psychologicznie (jak na standardy kina
akcji) postaci głównego bohatera oraz trzymającemu w napięciu konfliktowi na
linii zwierzyna łowca. Zapijaczony Łowca, którego marzeniem jest mieć tyle
whisky, żeby starczyło do końca życia i tyle forsy, żeby móc grać w golfa, od
pierwszych chwil musi wzbudzać sympatię. To nie jest superbohater, przeciwnie.
Niby należy do najlepszych w swoim fachu, ale widać, że jego życie jest puste,
wypełnione niemal bez reszty wspomnieniami świata sprzed zagłady, marzeniami,
które wysnuwają się z otchłani alkoholowego odurzenia. Dopiero pościg za
zwierzyną daje mu cel. A zwierzyna, znaczy Dziewica, jest... ale lepiej
spróbujcie sami obejrzeć ten film.
Niestety
obawiam się, że w legalnej dystrybucji w naszym kraju 2002: The Rape of Eden
jest niedostępny, podobnie jak większość dobrych filmów. Ja nagrałem go dzięki
Polonii 1, a było to w zamierzchłych czasach, zanim jeszcze wszyscy aktorzy w
filmach nadawanych na tym programie zaczęli mówić po włosku. Odtąd nawet
niemieckie kablówki, tradycyjnie wspierające nisko-budżetowe s.f., zapomniały o
filmie. Starsi właściciele wideo-wypożyczalni, którzy rozkręcili interes wtedy,
gdy jeszcze nikt w Polsce nie wiedział, jak wygląda oryginalna kaseta, trzymają
czasem na zapleczu stare filmy nagrywane metodą 2 w 1 (tzn. 2 filmy na 1
kasecie). Warto popytać, bo film jest naprawdę dobry.
Motto:
Eve must NEVER leave the garden! Pastor, rozdzierając suknię jednej z
"Ew".
Patent:
Biała myszka zamknięta w plastykowym pojemniku, czyli test na "czystość
krwi Dziewicy": jeżeli myszka spija wpuszczoną do pojemnika krew, to
znaczy, że osoba jest zdrowa. Dodam tylko jeszcze, że myszka pojawiająca się w
końcowej scenie filmu jest dla fana postapokaliptycznych klimatów
wystarczającym powodem, żeby go obejrzeć.
A teraz o
dwóch filmach postapokaliptycznych, które łączy osoba Kevina Costnera i szumek,
jaki wokół nich, ze względu na wysokie budżety produkcyjne, robiono.
Waterworld /
Wodny świat
1995; reż. Kevin
Reynolds (podobno w trakcie zdjęć
doszło do scysji i
film kończył Costner).
Akcja rozgrywa
się w świecie, gdzie wszystkie lądy dawno zatonęły, co wygląda na skutek efektu
cieplarnianego. Słodkiej, czystej wody nawet na lekarstwo, prawie wcale, co
jest dość dziwne, bo zdaje mi się, że odcedzenie soli morskiej nie jest AŻ TAK
trudne... Scenarzysta z pewnością wie lepiej, stąd też Magiczny Destylator
Kevina Costnera (patrz Patent poniżej). Na wodzie wcale nie
jest nudno - łatwo spotkać piratów i inny "element" - trudniej
natomiast takie spotkania przeżyć. Żegluga po "Wodnym Świecie" nie
należy do bezpiecznych. W trosce o gospodarkę i bezpieczeństwo populacji
wzniesiono na wodzie Miasto, do którego trafia Kevin, by pohandlować. Tam też
poznaje atrakcyjną sprzedawczynię roślinek i kupuje coś, co wyglądem przypomina
drzewko pomidorowe.
Na razie tyle z fabuły. Bohater
Kevina jest na początku bardzo intrygujący, a Costner dobrze gra twardziela z
tego rodzaju, co gdy na gwiazdkę dostanie prezent od Mikołaja, to go nie
przyjmie, bo myśli, że to bomba - taki nieufny. Zresztą ma powody, bo skrywa
pewną tajemnicę, której nie będę zdradzał - a nuż kiedyś obejrzycie film, nie
będę psuł niespodzianki. Przeciwnikiem Costnera jest Dennis Hopper jako wodnego
gangu Smokersów obiecujący swym ludziom odnalezienie "Raju": Stałego
Lądu. Kevin poznaje dziewczynkę, na skórze której jest wytatuowana mapa
opisująca jak tam dotrzeć.
Postman /
Wysłannik przyszłości
(na podstawie
powieści Davida Brina)
1997; reż.: tym razem
samotnie Kevin Costner.
Akcja filmu
jest osadzona w roku 2013 (czyli: pożyjemy zobaczymy;)). Ameryka pogrążona w
postnuklearnym chaosie. Ci, którzy przeżyli, zakładają prymitywne miasta. Kontrolę
nad nimi chce przejąć samozwańczy generał, Betlehem. Dowodzi armią podobnych mu
wyrzutków, Holnistów, i podbija osady. Terroryzuje mieszkańców, młodych
mężczyzn siłą wciela do swojej armii, zorganizowanej na wzór nazistowski.
Oczywiście, w świecie bezprawia musi znaleźć się ktoś, kto położy temu kres.
Obowiązek siłą rzeczy spada na barki Kevina, który gra włóczęgę - uciekiniera z
armii Betlehema i przypadkiem znajduje stary mundur "pocztowca".
Podając się za listonosza udaje, że poczta USA działa, a on ma listy do
dostarczenia. Dzięki temu może liczyć na specjalne względy mieszkańców
miast-osad. Jednak jego "bohaterski przykład" mobilizuje grupę
młodych, patriotycznych dzieci amerykańskich do czynnego oporu przeciw
Betlehemowi. Kevin nie ma wyjścia: musi stanąć na czele rebelii i zgnoić
"czarnego charaktera".
Costner (a
także współreżyser Waterworld Reynolds) i reszta ekipy dzięki budżetom
blisko 200 mln $ (Waterworld) i 80 mln $ (Postman) mierzyli
wysoko przy robieniu obydwu filmów, ale oba zrobiły klapę. Oczywiście, sukces
finansowy trudno traktować jako wyznacznik jakości filmu, wszak jedno z
arcydzieł gatunku sf, Łowca androidów (Blade Runner), swojego
czasu był w USA równie chłodno przyjęty (tylko 27 milionów dolarów zysku, nawet
kosztów produkcji nie zwrócił). Ale, w przeciwieństwie do Łowcy androidów,
w filmach Costnera, poza walorami wynikłymi z wysokiego budżetu (klimatyczna
scenografia, bardzo dobre efekty specjalne, mnóstwo statystów) trudno
doszukiwać się zalet.
Po pierwsze:
"Ameryka potęgą jest". W Wysłanniku przyszłości ciągoty
narodowościowe są wszechobecne. W pojedynkę zbawia świat - w porządku, to
normalne w większości filmów amerykańskich tego gatunku. Ale scenariusz pełen
jest sloganów podkreślających, że USA były, są i będą wiecznym krajem, a na
dodatek niemal wszędzie (nawet na okładce kasety wideo!) widać amerykańską
flagę. Sprawia to wrażenie wysoko-budżetowego filmu propagandowego adresowanego
do 5-latków, które zrozumieją z tego tylko tyle, że amerykańskiej poczty nie
powstrzyma nawet zagłada nuklearna. Nie wiem, skąd bierze się u Costnera ten
fałszywie pojmowany, wykalkulowany "patriotyzm". Najwyraźniej jest on
po prostu, jak pan Bush przykazał, republikaninem.
Po drugie:
iście "amerykański", pretensjonalny patos, który rozpanoszył się (i
niestety zbiera plony) w produkcji filmowej ostatnich lat (mam tu na uwadze
zwłaszcza fantastykę, np. trylogie Matrix oraz Władca pierścieni,
oraz kino wojenne typu Pearl Harbour czy Wróg u bram). Fatalnie
wyszło zilustrowanie ujęć w zwolnionym tempie kiczowatą, bezpłciową, sztucznie
podniosłą muzyką. Przy każdej "dramatyczniejszej" akcji zwiększanie
ilości klatek na sekundę jest niepotrzebnie, manierycznie nadużywane, powodując
dyskomfort u widza.
Po trzecie:
"Kochaj widza prymitywnego i zaspokajaj zachcianki każdego".
Przyczyną słabości Wysłannika jest również przemożna chęć, by
przypodobać się odbiorcy. Ten film jest zrobiony "dla całej rodziny"
i choć nawet są w nim "momenty intymne", to raczej ze scenopisowego
obowiązku, bo zażyłość między Listonoszem a główną bohaterką kobiecą trzeba
scementować. Dziecku spodobają się strzelaniny, ale na oglądanie biustu
bohaterki jest ustawowo za małe, widzom starszym może spodoba się i to, i to,
ale patos będzie nie do zniesienia, a jeszcze starszym pozostaje już tylko
biust. A w tym celu wypożycza się co innego. Moim zdaniem ten film nie ma
adresata, jest dla wszystkich, czyli dla nikogo. Doprawdy, nie pamiętam, czy w Wodnym
świecie były jakieś gołe biusty, ale po co to komu pamiętać? Sprawy mają
się podobnie: oglądając film czułem, że scenarzysta traktuje widza jako
dorosłego i ośmiolatka zarazem. To jest właśnie problem Kevina i spółki: z obu
filmów próbowali na siłę zrobić "filmy familijne". Niestety, o ile
młodszym widzom taki Wodny świat może spodobać, bo są w stanie uwierzyć,
że z harpuna na linie można trafić w lecący samolot (oczywiście już za
pierwszym razem!) i w ten sposób próbować go strącić, to jest bardzo
prawdopodobne, że starsi, których wyobraźnia "nie nadąża za wyobraźnią
scenarzysty" wyjdą w podobnych momentach "na kilka głębszych",
żeby było łatwiej strawić podobne akcje bohaterów (bo nie trzeba dodawać, że
czarne charaktery tradycyjnie słabo strzelają i ogólnie niewiele im wychodzi).
Jakby to
krótko podsumować? Może w ten sposób: "Dobry materiał bazowy + Kevin
Costner = apokalipsa". Wyjściowa koncepcja Wysłannika przyszłości
- Listonosza, który jest dla "niedobitków ludzkości" synonimem
nadziei - koncepcja genialna i dobrze rokująca - została dokumentnie położona,
aż przykro to pisać. Film jest hollywoodzki w tym "złym" znaczeniu:
spłycony, banalny, patetyczny. Fabularnie Wysłannik zaczyna się
obiecująco. Costner prowadzi swego muła przez pustynię i kopie nogą jakąś
puszkę, przeszukuje zrujnowany sklep w poszukiwaniu czegoś, co może się
przydać, przed zniszczonym telewizorem czyta program, sprawdza filtrem
przeciwskażeniowym zdatność wody ze studni do picia. To stwarza klimat
zniszczonego świata po zagładzie nuklearnej, który lubimy i pragniemy odczuwać.
Niestety, potem jest coraz gorzej: film staje się boleśnie schematyczny,
bohaterowie zostają podzieleni na "dobrych" (Listonosz i jego
posłańcy oraz osadnicy) i "złych" (Holniści, którzy jednak dostaną od
dobrych szansę rehabilitacji - za wyjątkiem ich wodza, który sam ściąga na
siebie śmierć), klimat pryska.
W prologu
zastosowano narrację z offu - spoza ekranu głos dziewczynki, wzorem innego
postapokaliptycznego filmu, Mad Maxa 2, wprowadza nas w akcję. Później
komentarz zarzucono (dziewczynka dorosła i pojawia się dopiero w koszmarnym
epilogu). Zarzucono również wątek retrospekcji - przedwojennych wspomnień
bohatera, które nadałyby płaskiemu filmowi kształt, wniosłyby jakieś uczucia.
Retrospekcja pojawia się tylko raz, na początku (dając widzowi przedsmak
czegoś, co nie następuje), gdy Costner spogląda na wybitą szybę sklepu i gdy
"ogląda telewizję". Nie wiadomo, po co, dlaczego została użyta -
można tylko podejrzewać, że resztę wycięto już po zakończeniu zdjęć, być może
na wniosek producenta. Początkowo bardzo dobrym pomysłem wydaje się również sposób
na życie bohatera - na zaimprowizowanych w ocalałych osadach scenach wystawia
wspólnie z mułem sztuki Szekspira (muł jest, niestety, jednym z lepszych
aktorów grających w Wysłanniku przyszłości). Wraz z rozwojem akcji
stwierdzamy zaskakujący fakt: w interpretacji scenarzysty Szekspir to czołowy
ideolog nacjonalizmu wzywający do tego, by umrzeć z mieczem w dłoni za Amerykę.
Wodny świat ze względów na scenerię mógł być polem do popisu dla
twórców: nie ma stałego lądu - otoczenie wymusza adaptację człowieka do nowych
warunków. Kto się nie przystosuje, ginie. Zalążkiem podobnego myślenia jest owa
"tajemnica", skrywana przez Costnera - to rzeczywiście robi na
początku wrażenie. Gdyby tylko scenarzyści poszli tym tropem... A tak, mamy
kompletnie idiotyczne zakończenie: Costner porzuca tych, których kochał,
odpływa w niewiadomym kierunku. Jest to nielogiczne i zgoła kretyńskie
postępowanie: który, pytam się, który facet zostawiłby dwie kobiety na
bezludnej wyspie? Zauważcie, że to nie była zemsta, tylko chciał je w ten
sposób uwolnić od kłopotu, jaki nastręczała jego obecność (chodzi tu o tą całą
"tajemnicę"). "Dobra, niech je dzikie zwierzęta zeżrą, co mi
tam" - myśli sobie pewnie Kevin, sikając do destylatora (patrz Patent). A
już widz myślał, że taki z niego przykładny Amerykański Bohater. Ja rozumiem,
żeby jeszcze była "ta trzecia", do której mógł odpłynąć. A tutaj
tylko woda naokoło...
Plusy... Wysłannik
przyszłości właściwie poza walorami wynikłymi z budżetu (scenografia,
kostiumy) nie ma ich wcale. W pamięci utkwiła mi na dłużej chyba jedyna warta
wspomnienia scena filmu. Otóż w obozie Bethlehema znajduje się kino, w którym
wyświetlane są przedwojenne filmy. Po dniu spędzonym na wyczerpującej musztrze
Holniści czekają na projekcję. Zostaje wyświetlony Uniwersalny żołnierz
(s.f. z van Dammem i Lundgrenem), lecz zamiast oglądać, żołnierze rzucają w
ekran kamieniami! Operator projektora zmienia taśmę. Gdy zamiast strzelaniny na
ekranie pojawiają się sceny z musicalu Dźwięki muzyki, widownia się
uspokaja... Ale to tylko jedna dobra scena.
W Wodnym
Świecie widać, że główną rolę grają efekty specjalne - owszem, wybuchy i
kanonady są częste i przyjemne dla oka, a scena wybuchu ropy, gdy z burt
tankowca (czyżby inspiracja dla twórców F2? ) synchronicznie wylatują
ogromne jęzory ognia jest estetycznie bardzo ładna, ale to w zasadzie jedyne
bogactwo filmu. Jak to się mówi: ładne opakowanie, ale ktoś zjadł cukierek.
Trudno polecić Wodny świat miłośnikom Fallouta - podobnie jak w
przypadku Postmana, właściwie brak tu głęboko zapadających w pamięć
scen... Może warto zobaczyć scenę podwodną, gdy Costner pokazuje Joanne
Tripplehorn to, co zostało z "dawnego świata". W zasadzie należy się
cieszyć, że scena wypadła pod wodą, gdzie nie można mówić, bo znając "wyczyny"
Kevina na powierzchni, można by spodziewać się komentarzy w stylu:
Tripplehorn: O
mój Boże... Co to jest?
Costner
(grobowym głosem, po znaczącej pauzie): Nie wiesz? To był kiedyś
najdumniejszy, największy, najwspanialszy, najbardziej demokratyczny kraj na świecie...
To była kiedyś AMERYKA.
Żarty żartami,
ale szczęście dla tej sceny, że Kevin "nabrał wody w usta", bo tylko
dzięki milczeniu bohaterów widok zatopionego miasta może w pełni przemówić do
wyobraźni widza. Jako miłośnik Fallouta nie mogłem w tym momencie uciec
od myślenia o tym, jak cudownie byłoby przy tak wielkim budżecie rozwinąć wątek
zniszczonej metropolii i wychodząc naprzeciwko naszym oczekiwaniom zrobić
adaptację najlepszej, jak dotąd, gry komputerowej... Pomarzyć miła rzecz ;..}
Oba filmy można
bez problemu dostać w wypożyczalniach, są też czasem wyświetlane w tv.
Motto
(Postman; pod rozwagę ewentualnym widzom): Bethlehem do Listonosza,
trzymając rapier na jego gardle: "Znam twój problem. Wiesz, czemu nie
umiesz walczyć? Ponieważ nie masz o co walczyć! Na niczym ci nie zależy!
Niczego w życiu nie cenisz! W nic nie wierzysz! I dlatego mam nad tobą
przewagę!". A Listonosz na to: "Wierzę... w Stany Zjednoczone!".
Dalszego ciągu walki można się domyśleć.
Patent
dla Wysłannika Przyszłości: "Listonosz w wykonaniu Kevina
Costnera". Opowiedzcie tą scenę swojemu listonoszowi i poproście, żeby
zawsze postępował w ten sposób, dostarczając/odbierając od was listy: Costner
przejeżdża na koniu obok domu, z którego po chwili wybiega Amerykański Chłopiec
(Dla Którego Kevin Jest Supermenem), trzymając w uniesionej ręce kopertę. Kevin
jedzie dalej, niby, że nie widział chłopca. Widz wyciąga chusteczkę, by otrzeć
łzy: Supermen nie zauważył Amerykańskiego Chłopca, Który W Niego Wierzy i który
stoi teraz zawiedziony, patrząc na oddalającą się sylwetkę jeźdźca. I oto nagle
Listonosz zatrzymuje wierzchowca. Widz zamiera. Czyżby...?? Tak! Przecież
Supermen nie może zawieść Amerykańskiego Chłopca, Który Tak Bardzo W Niego
Wierzy! W zwolnionym tempie Costner (w pełnym galopie, w końcu to Listonosz
amerykański) zabiera z wyciągniętej ręki chłopca kopertę. Widz ociera łzy, a
Listonosz odjeżdża w tumanach kurzu w kierunku horyzontu (koniec sceny). To już
nie jest patos. To jest PATOLOGIA.
Motto
(Wodny świat): hmm... nie mam tego na kasecie, a ostatni raz oglądałem w
niemieckiej kablówce. Powiedzmy, że coś w stylu: "Ich liebe dich,
Amerika"... No dobra, nie pamiętam;)
Patent:
"Destylator Czystej Wody Kevina Costnera". Maszyna jest zbyt
skomplikowana, żeby ją opisywać, wystarczy nadmienić, że bohater zbudował ją
własnoręcznie z kawałków złomu i zainstalował na swojej tratwie. Cudo działa
metodą znaną z kreskówek: trybik przeskakuje, porusza inny trybik, i tak dalej
w dół. Substratem jest mocz Kevina, a produktem, jakżeby inaczej, kryształowo
czysta woda, którą Costner natychmiast duszkiem wypija. Nie wiem, w jakich
okolicznościach wpadł na to scenarzysta, ale ja podobne pomysły miewam po co
najmniej czwartym piwie.
Knights /Rycerze
1993; scen. i reż.
Albert Pyun.
Film nakręcono
na terenie rezerwatu przyrody w stanie Utah w USA, stąd w plenerze
wszechobecne, malownicze czerwone skały. Budżet, jak to u Pyuna, niewysoki.
Mimo to, głównego bohatera gra Kris Kristofferson, aktor zasłużony i wysłużony
( m.in. Pat Garett i Billy Kid Peckinpaha, a ostatnio Blade 2), a
w Stanach znany także jako piosenkarz country. Jeżeli w tym momencie się
śmiejesz, to uspokajam: na szczęście Kris nie śpiewał w tym filmie country, a
gitary nawet nie brał do ręki - to nie Narodziny gwiazdy ale całkiem ostre,
a przy tym wcale klimatyczne, postnuklearne sf.
Jak to w
filmach akcji bywa, jest Bardzo Zły Cyborg (grany przez Lance'a Henriksena,
który miał wprawkę do tej roli, grając wcześniej androida Bishopa z Obcego),
mający za przeciwniczkę główną bohaterkę (bardzo zwinna akrobatka, robi salta i
wymachuje nogami), mszczącą się za śmierć rodziny, oraz walczącego przy jej
boku Dobrego Cyborga (Kristofferson), który jest mistrzem walki. Szlachectwo
zobowiązuje - Kris nie daje sobie w kaszę dmuchać. Razem dziesiątkują
przeciwników, gdyż właśnie na tym polega misja Krisa: "zniszczyć wszystkie
pozostałe przy życiu cyborgi".
Walki są
jednak, co dziwne przy tym budżecie, trzymające w napięciu (w przeciwieństwie
do tych z filmów Costnera). Zwyczajowym akrobacjom towarzyszą
"niesamowite" skoki wojowników, których daleki zasięg i wysoka
częstotliwość w pewnym momencie mogą razić widza (zwłaszcza, że po kolejnym
oglądaniu można dostrzec gdzieniegdzie linki podtrzymujące aktorów), ale pod
tym względem, a także pod względem wiarygodności na szczęście nie są tak
bzdurne jak w Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku. Reżyseria pojedynków
jest bardzo dobra, a miejscami świetna, zwłaszcza, gdy w pewnym momencie,
wzorem Nieśmiertelnego, kamera odjeżdża na pewną odległość i krąży wokół
walczących cyborgów. Czad, powiadam... Mamy tu pierwowzór jasnowidzącej
szamanki z Arroyo (być może nawet to ta sama aktorka podkładała głos), która
rozmawia z główną bohaterką: "Niebezpieczeństwo jest blisko."/
"Skąd wiesz?"/ "Wiem wiele rzeczy, czuję to... Twoim
przeznaczeniem jest dokonać wielkich rzeczy. Wszystkie marzenia jakie kryjesz w
sercu mogą się spełnić."/ "Zwariowałaś, starucho."/
"Tak, hahaha!! Tak!" (pauza) "Nea. Oni nadchodzą."
Wady filmu
wynikają przede wszystkim z dialogów i założeń fabuły. To nie jest popisowy
film Pyuna - scenarzysty, mimo, że autor ten nigdy nie schodzi poniżej
standardowego amerykańskiego poziomu. Cyborgi na przykład, żeby przeżyć, muszą
pić ludzką krew (w tym też celu chcą podbić miasto Taos) - jest to tyleż nowatorskie,
co bzdurne - bo jak coś, co jest maszyną i ma w środku elektronikę może być
napędzane płynem organicznym? Gdyby jeszcze to odpowiednio wyjaśnić, byłoby
wszystko w porządku (pamiętacie Robocopa karmionego odżywką dla
niemowląt?), ale Pyun zbyt wiele zostawia wyobraźni widza. Ech, te wampiry...
No i dialogi. Znajdą się tu rodzynki w dobrym, falloutowym stylu, które rzadko
rzuca główny maczo filmu, Kristofferson, ale dominują dialogi stereotypowe.
Byłoby OK, gdyby bohaterka siedziała cicho i tylko walczyła, ale niestety...
Najczęściej komentuje akcję, a jej płaska gra na pewno nie pomaga uwiarygodnić
postaci. Jak znienacka przysunie: "Jesteś teraz częścią przyszłości...
Mam nadzieję, że ja jestem częścią przeszłości", to aż się ciemno w
oczach robi.
Ale sprawna
reżyseria i ikra, z jaką Pyun nakręcił film, rekompensują niedostatki. Dla
fanów Fallouta będzie to miło spędzone 90 minut, o ile potraktują Rycerzy
z przymrużeniem oka. Bohaterka po prostu, bez nadmiernego wysiłku, kosi
rękami i nogami dziesiątki wrogów, a Kristofersson jej dzielnie sekunduje. W
pewnym momencie zacząłem odczuwać przesyt, bo walka stała się główną treścią
filmu i przytłoczyła resztki fabuły, przy czym łatwość z jaką bohaterka kładzie
pokotem kolejną dziesiątkę przeciwników wywołuje uśmiech. Kiedy, dźwigając na
plecach Kristoffersona, mówi, stając ze sztyletem w ręku naprzeciwko 11 chłopa
(policzyłem!): "W porządku, który z was chce zginąć pierwszy?", mam
mieszane uczucia... Ale pamiętam, że dawno temu, gdy Rycerzy wyświetlała
Polonia 1 za swych złotych czasów, film ten budził we mnie większe emocje i
to głównie ze względu na ciekawe sceny walki.
Obecnie
dostanie filmu na dvd nie stanowi problemu, mało tego, kosztuje on (w
popularnej sieci marketów) niecałe 20 złotych . Ale zanim zaczniecie się
zastanawiać, czy kupić, musicie odpowiedzieć sobie na pytanie: "czy jestem
dostatecznie wielkim fanatykiem postapokalipsy, żeby przymknąć oczy na
chroniczne niedomaganie fabuły i zauważalnie (linki, linki!) niewysoki
budżet?". Poza tym, film raz na parę lat trafia się w telewizji (ostatnio
w 2003 roku - Szwedzka TV4 powtórzyła go dwukrotnie w ciągu kilku tygodni, co
wzbudziło mój szacunek). Można więc wpaść na Rycerzy uważnie czytając
program tv.
Motto:
"Kim jesteś? Czego chcesz?"/ "Zaraz się tego dowiesz."/
"To miejsce może być dla ciebie niebezpieczne."/ "Zaraz
będzie bezpieczne."/ "Mądrala z ciebie..."/ "Mądry
na tyle, że wiem, że wszyscy musicie zginąć."
Patent:
Wymienne korpusy cyborgów. Kristofersson traci połowę ciała, dosłownie, od pasa
w dół i bohaterka niesie go na plecach jak mama dzidziusia w nosidełku. Potem,
Kris znajduje sobie leżące gdzieś "bezpańskie nogi" (jego stare
uległy zniszczeniu) i jak gdyby nigdy nic dołącza się - dopasowując je do
korpusu pośród skrzenia iskier, równie beztrosko jakby wkręcał żarówkę.
Wywołało to moją radość, ale jest to śmiech niewymuszony, bo widać, że autorzy
mieli sporo zabawy, gdy robili film. Poza tym w przeciwieństwie do słynnego
costnerowskiego destylatora, przełknąłem ten fakt bez większych problemów. W
przyszłości technika może zajść daleko...
Podobny
patent Pyun** wykorzystał w filmie
Omega Doom /
Omega Doom (tytuł tv) / Apokalipsa (wideo)
sc. i reż.: Albert
Pyun
Film pochodzi
z 1995 roku a grający główną rolę Rutger Hauer pokazuje w nim, że cyborg*** z
niego nie lada i trudno go rozmontować. W kręconym w Słowacji Omega Doom są obecne efekty specjalne, ale... cóż, to
film niskobudżetowy, a nie ponad stumilionowy Terminator 2. Efekty
wyglądają lepiej, niż można by przypuszczać, ale są na granicy wiarygodności.
Na stronie Rutgera Hauera przeczytałem, że Pyun nakręcił Omega Doom w 10 (dziesięć) dni zdjęciowych, w myśl
zasady: "nie ma krzeseł na planie". Jeżeli uświadomimy sobie, że w
tym czasie powstaje 1,5 do dwóch odcinków serialu godzinnego, a przeciętny film
Amerykanie robią minimum 30 dni, to Pyunowi należą się słowa uznania, tym
większe, że jest to film wybitny, jeśli chodzi o gatunek s.f.
W świecie po
zagładzie nuklearnej przetrwała garstka cyborgów i ludzie. I od razu Pyun miał
niezwykły pomysł, bo ŻADNA z występujących w filmie postaci... nie jest
człowiekiem. Same cyborgi. Ale są to cyborgi symulujące ludzi, choć widać pod
ich "skórą" metal. Rutger Hauer gra przybysza z zewnątrz, a przybywa
do zniszczonego (tam zresztą nie ma innych;)) miasteczka o nazwie "Old
Town Europe" i staje się, za pomocą sprytnego blefu, którego rzecz jasna
nie zdradzę, "elementem przetargowym" w konflikcie dwóch klanów
walczących o władzę: Klonów i Androidów. Jedynymi osobami, a raczej cyborgami,
które mu kibicują, są służąca - robotnica (Rutger to rzecz jasna model bojowy)
prowadząca własny bar, w którym jedynym dostępnym drinkiem jest woda ("Czego
się napijesz?"/ "Wody z lodem"), oraz android -
nauczyciel, Głowa (nazywa się tak, bo zaczyna film jako oderwana od tułowia
głowa służąca jako piłka nożna jednemu z Druidów).
Pojedynki są
świetnie nakręcone, a Hauer - cóż, nie młody, ale jeśli chodzi o "granie
twardziela" to taki Costner mógłby pobierać u niego lekcje. Rutger po
prostu, wie, w jakim momencie zdjąć czapkę, a w jakim nie, no i oczywiście, w
którym momencie wyjąć pistoletopodobną broń. Film trochę cierpi z powodu
budżetu, ale przy odrobinie wyobraźni ze strony widza przestaje to mieć
znaczenie. Dobrym, efektownym pomysłem było rozpoczęcie i zakończenie filmu
cytatami z wiersza poety Dylana Thomasa p.t. A śmierć nie będzie miała
władzy: na początku wprowadza to widza w postapokaliptyczną konwencję
filmu, a na końcu daje nadzieję na lepsze jutro. Piękna jest też scena, w której
umierająca kobieta - cyborg prosi Hauera, by przekręcił jej głowę, żeby mogła
oglądać zachód słońca.
To film dla
widzów z wyobraźnią (czyli chyba dla większości fanów Fallouta), bez
wątpienia stanowi szczytowe osiągnięcie twórcze Alberta Pyuna. Szczerze
polecam. Znajduje się w standardowym wyposażeniu każdej szanującej się
wypożyczalni kaset)
Patent:
Głowa sama mówi; a poza tym broń pojedynkowa cyborgów: czarne, trójkątne i
przypominające trochę kształtem sztylet "pistolety", które miotają
laserowe dyski (tak to przynajmniej wygląda).
Motto
(Głowa do przybyłego Hauera): "Nie zamierzasz się chyba mieszać do ich
spraw? To złe maszyny...". A Rutger w odpowiedzi: "Może dzięki
mnie zrozumieją, że zbłądzili".
Ostatnim z
filmów Alberta Pyuna, który tu omówię, jest
Adrenaline: Fear the Rush /
Adrenalina
1995.
"Nikt
nie widział, kiedy to nadchodziło. Wszyscy mieliśmy się na baczności przed
wielkimi wydarzeniami, awarią nuklearną, następnym Czarnobylem. Gdy rozpadły
się republiki radzieckie, nikt nie wiedział, kto i za co był odpowiedzialny.
Kiedy próbowali to sobie poustawiać, coś im nawaliło - coś małego. Przetoczyło
się przez Europę Wschodnią na zachód jak gigantyczne fale śmierci. Nazwano to
"nitrocefalem złośliwym". Gdy St. Zjednoczone dostrzegły zagrożenie
utajoną chorobą swych brzegów, osadzono ostatnich emigrantów w obozach
kwarantanny".
To właśnie
opowiada nam na wstępie z offu główna bohaterka, policjantka - żółtodziób,
grana przez Natashę Henstridge (znaną z roli milutkiej kosmitki w Gatunku).
Natasha ma problem: jej mąż był jednym z emigrantów, zabito go, sama wychowuje
dziecko, dla którego stara się o paszport (takie starania są nielegalne).
"Obóz (kwarantanny) stał się miastem. Były dwa światy- zdrowy i chory.
Nikt nie chce wejść i nikt nie wychodzi".
Początek w
ogólnodostępnej wersji wideo mógłby być lepiej przetłumaczony, ale i tak jest
interesujący, w atmosferę apokaliptycznego zagrożenia wprowadzają nas
dokumentalne reportaże z "pola walki". Choć te republiki
radzieckie...? Ale w końcu czeka nas to niedługo, bo w roku 2007. Zobaczymy...
To jest cud, w
jaki sposób Pyun potrafi wykorzystać tak skąpy budżet i tak nieszczególne, z
pozoru niemal anty-estetyczne, rumuńskie plenery. Reżyseria jest technicznie
wybitna, zdjęcia George Mooradiana niesamowite, montaż świetny. I wszystko to w
klaustrofobicznych pomieszczeniach - brudnych, zimnych i wilgotnych piwnicach,
więzieniach, po których policjanci pod wodzą (baczność!) Christophera Lamberta
(najbardziej znany z Nieśmiertelnego, a tutaj dopiero pokazuje, co
znaczy "Prawdziwy Twardziel") tropią zainfekowanego groźnym dla
całego świata wirusem gostka. Wirus za dwie godziny zacznie się
rozprzestrzeniać, więc czasu jest mało. Nie ma tu widma zagłady nuklearnej, ale
świat zagrożony apokalipsą biologiczną. Zwierzyna, którą ściga policja, robi
wrażenie nie tyle nawet samą charakteryzacją (takim panom nawet automaty
odmawiają zdjęć paszportowych), co okrutną, wykalkulowaną inteligencją. Po
jakimś czasie zresztą układ zwierzyna-myśliwi ulega odwróceniu...
Klimacik ten film ma. Mój starszy po
ekranowym zastrzyku Adrenaliny orzekł, że to najlepszy thriller, jaki
ostatnio widział - a widział ich trochę. Z pewnością jest to jeden z
najbardziej krwawych filmów jakie miałem okazję zobaczyć. Pyun nie oszczędza
ani myśliwych, ani zwierzyny: Christopher i Natasha czołgają się i pełzają,
strzelają do celu, i sami są celem, brną we krwi własnej i wroga. Mocne,
trzymające w napięciu kino a tego oczekujemy po thrillerach s.f. Lambert to
klasa, a i Natasha gra świetnie. Aż przyjemnie patrzeć jak w desperacji czołga
się tunelami w pościgu za zainfekowanym...
Patent:
Może wirus? Mógł być pierwowzorem toksyny FEV!
Motto:
"I powiedz mi, jak coś zobaczysz." (Lambert wyrzucając
znalezioną w kanałach ludzką gałkę oczną nie skonsumowaną przez
"zainfekowanego").
American Cyborg Steel Warrior /
Amerykański Cyborg;
1992.
Khem. No tak.
W zasadzie jak się przeczytało oryginalny tytuł, to można darować sobie film.
Całkiem spory budżet poszedł w naprawdę dobrą scenografię (ruiny, ogólna
demolka itd.), ale fabuła, choć początkowo wielce obiecująca, staje się
karykaturą samej siebie. Cyborg zaczyna się bardzo obiecująco - uroczą panoramą
zniszczonej okolicy, narrator opowiada z offu historię: "Po 17 latach
po wojnie nuklearnej wszyscy, którzy przeżyli, zostali zapędzeni do miast
więzień, nadzorowanych przez system komputerowy sterowany sztuczną
inteligencją. Cyborgi stworzone niegdyś do służby ludziom, teraz pracowały jako
strażnicy nowego porządku." Na skutek skażenia, czy też mutacji, kobiety
nie są zdolne do rozrodu. Główna bohaterka (wreszcie jakaś odmiana) jest
człowiekiem i "tą wybraną", której szczęśliwie udało się zajść w
ciążę. Dzidziuś w społeczeństwie rządzonym przez cyborgi byłby złem, toteż
wysyła się za mamusią cyborga. Na szczęście bohaterka w porę ucieka, zabierając
płód (uprzednio pobrany podczas operacji przez troskliwych chirurgów z
"ruchu oporu przeciw cyborgom") w specjalnej kapsule, w plecaku, ze
sobą. A cyborg, jak to cyborg, nie ma łatwego życia i, wzorem Terminatora, musi
leźć za nimi. Od tego, czy dzidziuś przeżyje, zależą losy świata. Aha, i do
mamuśki przyłącza się (wcale nie z dobrego serca) niejaki Austin, który pełni
odtąd zaszczytną funkcję "odstraszacza cyborgów".
W filmie są
niezłe efekty specjalne (np. słynne, choć mało oryginalne [było w Westworldzie
z Yulem Brynnerem] widzenie na podczerwień śladów stóp tropionych ludzi przez
cyborga - tropiciela albo ciekawie wysuwający się z palca cyborga kolec - co
zerżnięto z kolei z Robocopa), imponująca scenografia, porządne
kostiumy, a mimo to Amerykański Cyborg straszliwie nudzi. Nawet można
byłoby - stosując takie założenia jak w scenariuszu - zrobić niezły film, ale
twórcy za bardzo chyba chcieli zrobić konkurencję Terminatorowi 2. Efekt
jest dołujący. Szczyt realizacyjnej głupoty stanowi ściągnięta z Terminatora
"powolna majestatyczność" cyborga, tutaj doprowadzona do absurdu.
Idzie sobie taki ostentacyjnie, spacerkiem za bohaterami, żeby widz nie myślał,
że mu zależy, a jak już zada cios, to zawsze da dwie sekundy do namysłu, na
unik... i tak się widz męczy.
Film nadaje
się do obejrzenia w gronie znajomych, wtedy można się przynajmniej razem
pośmiać. Bo samemu... jest zbyt nudno.
Motto:
"Powiedz, jak cię traktuje życie" - mówi handlarz do Austina.
A bohater na to: "Jak gówno w toalecie." Ta odpowiedź jest
niestety prorocza, o tyle o ile będzie się ją rozpatrywać w kontekście oceny
jakości tego filmu. Przytoczyłem tu chyba najlepszy (jeżeli mogę tak go w ogóle
nazwać) dialog, wszystkie pozostałe są strasznie banalne, a wątek romantyczny
tak głupi i infantylny, że aż śmieszny
Patent 1:
Tabletki blokujące radioaktywność. Czyżby pierwowzór Rad-away'a?
Patent 2:
Jak zabić cyborga? Najpierw nożem w szyję, potem strzał z pancerfausta, potem
mina przeciwpiechotna, potem odciąć mu palce, żeby upadł z wysokości, przebić
brzuch... wierzcie mi, to się staje nudne po pewnym czasie, w przeciwieństwie
do Terminatorów...
Patent 3:
Wierzcie lub nie, cyborgi najpierw oderwały sobie po jednej ręce a potem się
nimi wymieniły i były jak nowe. Ach, cuda techniki...
Patent 4:
Kapsuła służąca do przechowania płodu. Plecak z kapsułą wytrzymał chyba
wszystkie możliwe rodzaje wstrząsów i upadków - całe szczęście, że to był płód,
bo gdyby to był niemowlak, chyba by się ze strachu (albo z przerażenia głupotą
scenariusza)... odpowiednio zachował.
World Gone Wild
/ Zdziczały Świat;
1987.
Jest rok 2087.
W 2012 dwie wielkie armie świata rozpoczęły ostatnią wojnę, po 15 latach
której, gdy użyto wszystkich znanych broni, w tym także nuklearnej, ludzkość
została zgładzona... Życie ocalałych z pogromu stało się gehenną. Przez 50 lat
nie spadła ani jedna kropla deszczu.
Początek znowu
obiecujący. Od razu wiadomo, dlaczego woda jest w cenie. Bohaterowie - na ich
czele grany przez Bruce'a Derna Magik zebrani na zasadzie znanej z Siedmiu
samurajów, bronią zaopatrzonej w wodę osady przed bandą zahipnotyzowanych
morderczych nastolatków (ja nie żartuję!) dowodzoną przez śmiesznego i
strasznego zarazem Herszta (gra go muzyk Adam Ant).
W ogóle cały
film próbuje być zarazem śmieszny i straszny, a taka mieszanka komediowej
konwencji z wypruwaniem flaków nie jest w tym przypadku najlepszym pomysłem. W
zasadzie, jest pomysłem opłakanym w skutkach. Film jest lepszy niż np. opisany
wyżej Amerykański Cyborg, ale... strasznie głupawy. Adam Ant i jego
kompania "zahipnotyzowanych morderczych nastolatków" biegają w
idiotycznych białych kombinezonach, a Herszt, zamiast od razu spacyfikować całą
osadę (a była ku temu okazja), daje jej mieszkańcom czas na zwerbowanie
najemników.
Są w tym
filmie naprawdę dobre pomysły (np. ciekawy, choć niezbyt oryginalny werbunek
obrońców osady; autobus służący jako szkoła dla dzieci; rozdawanie przez wojsko
wody na kartki), ale giną pogrzebane głupotą bijącą z pozostałych scen.
Apogeum scenariuszowego absurdu jest
ostatnia bitwa: zahipnotyzowane wojsko Adama Anta kontra mieszkańcy osady,
wiadomo wóz albo przewóz, jeńców nie biorą. I oto, w samym środku jatki,
Magik (najciekawsza postać filmu) gawędzi sobie, jak gdyby nigdy nic, z innym
bohaterem - a za nimi widać jak reszta się naparza "na śmierć i
życie". Ni to Monty Python, ni to Benny Hill...
Film jest
pozbawiony logiki na tyle, że można sobie z niego żartować w gronie znajomych,
i tak głupawy, że raczej nie warto go pamiętać. Można go, podobnie jak Amerykańskiego
Cyborga, bez większych problemów dostać w wypożyczalni. Ale obydwa te filmy
oglądacie na własne ryzyko - pamiętajcie, że ostrzegałem.
Patent 1:
Szkoła dla dzieci w autobusie szkolnym- jeden ze zmarnowanych pomysłów na
lepszy film.
Patent 2:
Występują tu ludożercy (podobnie jak w Amerykańskim Cyborgu) ".
Należy do nich też jeden z głównych bohaterów - typowy filmowy
"rozśmieszacz". Film przez niego cierpi, choć "ludożercy"
to ciekawy aspekt post-nuklearnej" rzeczywistości- znowu zmarnowany
pomysł.
Motto
(kobieta do Bruce'a Derna): "To nie ma sensu." A Bruce do
kobiety: "Nic nie ma sensu w świecie, który zdziczał" (Nothing
makes sense in the World Gone Wild).
Steel Dawn /
Stalowy świt
1985 r.
Patrick Swayze
gra samotnika, byłego żołnierza, tułającego się po pustkowiach i walczącego z
Podludźmi. Podczas swej tułaczki Patrick spotyka Mistrza, skośnookiego
staruszka, który nauczył go kiedyś walczyć, a obecnie jest "Rozjemcą"
pomiędzy walczącymi o drogocenną wodę osadami. "Wszyscy straciliśmy
rodziny w czasie wojny" - mówi Mistrz. Można się domyśleć, że była to
wojna nuklearna, która, być może, sprawiła również, że wody na całym świecie
się cofnęły: podczas pięknie sfotografowanej (na Afrykańskiej pustyni) podróży
Swayze mija szczątki jakiejś przedwojennej ludzkiej budowli, a po chwili
przechodzi obok wystającego z piasku szkieletu statku. Jednym słowem, czad.
Walki w Stalowym
świcie stoją na bardzo dobrym poziomie (co ciekawe, broń palna, nie mówiąc
o plazmowej i laserach, jest nieznana), a Swayze walczy za pomocą fikuśnego
kosturka podróżnego i długich sztyletów, przypominających japońskie sai, używa
rąk i nóg, a poza tym medytuje stojąc na głowie. W filmie, niczym samuraj,
broni czci i honoru wdowy (i jej małego syna), która na swoim ranczo próbuje
zbudować akwedukt, a przeszkadzają jej w tym źli bandyci. Fabuła jest prosta,
scenarzysta nie próbował nawet na siłę pokazywać coś więcej niż walki z
udziałem Patricka oraz wątek miłosny - i bardzo dobrze. Każda postać ma swoją
"osobowość" - mimo, że czasem nieco spłyconą, jak w przypadku
przeciwników bohatera, to jednak wiarygodną dzięki grze aktorskiej. Dzięki temu
losy "obrońcy wdów i sierot" śledzimy z zaangażowaniem i kibicujemy
bohaterowi, gdy zmaga się (w dobrze nakręconych walkach) z czarnymi
charakterami.
Swayze odwala
naprawdę kawał wspaniałej roboty. Może nie robi takich akrobacji jak Jackie
Chan za swoich złotych lat, ale i tak jest "twardzielem który kopie tuziny
złych tyłków", a w tej roli sprawdza się idealnie:). Równie dobrze wypada
jako bohater romantyczny. Wydaje mi się, że końcowa scena to mniej więcej to,
co chciał osiągnąć Costner przy Wodnym świecie - nie ma tu zbędnego
wyciskania łez, decyzja bohatera może rozczarować, budzić wątpliwości, ale cóż
- widać, w sercu "wojownika pustkowi" nie ma miejsca na rodzinę. Ta
decyzja jest jak najbardziej wiarygodna psychologicznie - bohater spełnił swą
misję, pokonał zło, a teraz jego rola obrońcy kończy się. Dlatego, jak wielu
przed nim, odchodzi ku linii horyzontu.
Film, jeśli
się nie mylę, widziałem na dvd, i to wcale nie drogo.
Patent 1:
Rada Zakonu, która wysyła list zawiadamiający osadę o przybyciu Rozjemcy
(Mistrza). Zakon ten mógł być pierwowzorem Bractwa Stali;), chociaż nie
wiadomo, jak wyglądają.
Patent 2:
Podludzie to człekopodobne stworki ubrane w dziwne maski, żyjące w piasku i
próbujące wciągnąć Patricka pod ziemię.
Motto:
"Kiedyś byłeś szybszy..." (mówi Mistrz do Patricka, ściągając
czapkę z głowy)/ "A ty miałeś więcej włosów".
Salute of the Jugger/ The Blood of
Heroes / Krew bohaterów
1990;
Scenariusz i
reżyseria David Peoples, i mówię o nim "Gościu przez duże G",
ponieważ film był dla mnie szokiem. Przestałem się dziwić temu
"niespodziewanemu geniuszowi", gdy zajrzałem do jego filmografii: był
współscenarzystą Blade Runnera i scenarzystą jednego z najlepszych
amerykańskich westernów - Bez przebaczenia.
Nie
spodziewałem się, że (chyba w Australii) można nakręcić tak dobry film
dysponując budżetem, który przez producentów Waterworld czy Postmana byłby
wyśmiany. W tym przypadku jednak był na tyle znaczny, że kostiumy bohaterów nie
wyglądają na "plastykowe" i uwiarygodniają fabułę, a i scenografia
jest doskonale dobrana, choć siłą rzeczy głównie pustynna:).
Bohater, grany
przez Rutgera Hauera (jaki ten świat mały) jest kapitanem drużyny Juggersów.
Uprawiają oni krwawy sport przyszłości (patrz Patent), w którym
kontuzje są powszednią wypadkową zaciętych zmagań. Drużyna Hauera gra w czymś
na kształt Ligi Amatorskiej. Sam Rutger- twardziel, aż do bólu (dosłownie) -
grał kiedyś w Lidze Zawodowej - lidze tuzów i bogaczy, sponsorowanej przez
arystokrację Miasta. Niestety, romans z jedną z arystokratek sprawił, że Hauera
wyrzucono. Teraz podstarzały mistrz walczy na czele swej drużyny (pięć osób) o
przeżycie w "Lidze Amatorskiej", a dawne chwile chwały powracają do
niego we wspomnieniach. Do drużyny, w miejsce kontuzjowanego
"biegacza" dołącza młoda dziewczyna, żółtodziób (cudowna Joan Chen),
pragnąca grać w Lidze Zawodowej. Po wielu amatorskich walkach czeka ich mecz o
wszystko - będący jedyną i ostatnią szansą na wejście do zawodowej ligi - z
drużyną, w której kiedyś grał Hauer.
Film jest
świetny. Zostawiłem go na koniec jako deser, bo moim zdaniem, obok Mad Maxa
2 jest to absolutnie szczytowe osiągnięcie gatunku. Gdy miała go pokazywać
TVP1 (ze 2 lata temu) pomyślałem sobie: "Eee tam, już to kiedyś widziałem
na kasecie. Pustynia, sport, naparzanie - standardzik." Obejrzałem, bo
akurat nic nie miałem do roboty. Wraz z napisami kocowymi pojawiły się myśli
autodestrucyjne. "Dlaczego ja tego, %&$^*, nie nagrałem?". Rola Rutgera = wyżyny jego talentu.
Scenariusz = rewelacja. Reżyseria = wybitna. Krew bohaterów została
napisana tak, jak powinno się pisać genialne scenariusze filmów
postapokaliptycznych: z inteligencją, werwą, błyskiem, a przede wszystkim z
dbałością o detal - po prostu bezbłędnie. A zakończenie - to już mistrzostwo świata. Nie żaden
oklepany standard amerykański typu "kasa, panienki i dobra bryka dla
zwycięzcy", nie Kevin Costner odjeżdżający na koniu z flagą w garści, lecz
prawdziwe, głębokie, słodkie i cierpkie jednocześnie. Takie filmy się pamięta.
Pojedynki
"sportowe" stoją na najwyższym poziomie, zarówno pod względem
realizacji, jak i wiarygodności. Nie ma tak, jak to bywa w większości
amerykańskich filmów, że bohater często zostaje np. postrzelony w nogę, a potem
biegnie dalej, nieznacznie się krzywiąc, ale i tak zazwyczaj wychodzi z imprezy
bez szwanku (jak choćby w wyżej opisanych Rycerzach). Nic z tych rzeczy.
Tutaj, jak Hauer dostaje w oko, to je traci. Nie ma zmiłuj w postnuklearnej
rzeczywistości. Nie zauważyłem żadnych potknięć, nawet w sferze
"wiarygodności psychologicznej" odtwarzanych przez aktorów postaci.
Oni nie grają wyświechtanych stereotypów. Postacie są po prostu oryginalne,
wiarygodne i bardzo, ale to bardzo ludzkie... Co to znaczy? Żeby nie rozpływać
się w komplementach, szczerze radzę - obejrzyjcie ten film.
Patent:
W sporcie Juggers'ów chodzi w skrócie o to, by "biegacz" zatknął na
patyku po drugiej stronie boiska czaszkę psa- jest to równoznaczne ze
zwycięstwem. Reszta zawodników jest od tego, żeby powstrzymać biegacza/
zawodników drużyny przeciwnej- wszystkimi możliwymi sposobami, a mają do tego
celu specjalne "sportowe akcesoria", przy których bejsbol jest stosunkowo
mało groźny.
Motto:
"Walk slowly." - mówi Rutger Hauer do Joan Chen w
końcowej scenie. Żeby to w pełni zrozumieć, trzeba zobaczyć. Ja zrozumiałem
dopiero, gdy pojawiły się napisy końcowe - wówczas olśniło mnie, bo te dwa
słowa wypowiedziane przez Hauera są "kluczem" do odczytania
przesłania Krwi bohaterów i świadczą o wybitności filmu.
Na razie to
tyle o filmach postnuklearnych. Dlaczego niektóre opisy były krótkie, inne
długie? Jest tego prosta przyczyna: autor, na skutek wielomiesięcznego przebywania
na spalonych słońcem pustkowiach Kalifornii, odniesionych w głowę ran,
wysokiego spożycia Booze, Nuka Coli itd., ma w pewnych przypadkach problemy z
pamięcią. Musicie wziąć na to poprawkę. Poza tym, pewne filmy wzbudzają większe
emocje, inne mniejsze. Nad słabym niskobudżetowym filmem sf rozwodzić się
trudno. Najlepiej ostrzec czytelnika i zapomnieć. Z kolei słaby wysokobudżetowy
sf budzi emocje ("Kurde, Postman czy Waterworld to gnioty,
pokazują to w kinach, a nie pokazują filmów Pyuna, Krwi bohaterów, czy
innych filmów o niższych budżetach, które znacznie bardziej na to zasłużyły. To
niesprawiedliweee!"/ albo: "Gdybym ja miał taki budżet, to kurde,
klękajcie narody, a Ameryka to już w ogóle plackiem leżeć!"). A dobre
filmy? Te bronią się same...
*Czuję się
wykorzystany :-O (patrz: ksywa autora;))
**W 1989 Pyun
zrobił postnuklearnego Cyborga z van Dammem, z którego to filmu już niewiele
pamiętam, więc go nie opiszę. Pamiętam, że van Damme tradycyjnie dawał się we
znaki i bardzo utkwiło mi w pamięci, jak ostrzył nóż (ale później zobaczyłem
znacznie lepszą, analogiczną scenę w "Conanie barbarzyńcy").
***W filmach
Pyuna określenia cyborg i android są równoznaczne. Kristofferson i Hauer
wyglądają jak Kristofferson i Hauer - po prostu ludzie, dopiero po odniesieniu
rany widać, że pod skórą mają metal.
C.d. n.;)